Cztery drogi Ukrainy
Wojna na Ukrainie zamiast skończyć się po kilku lub kilkunastu dniach (jak planował agresor) trwa już trzeci miesiąc.
Droga fińska
Gdy w listopadzie 2013 roku na Ukrainie wybuchła kolejna rewolucja potraktowałem sprawę lekceważąco. Stwierdziłem, że to kolejna wielka chmura nie niosąca wielkiego deszczu. Wszystko zmieniło się po 19 stycznia kiedy kolorowa rewolucja zaczęła się zmieniać w ludowe powstanie, lub jak kto woli, pucz przeciwko konstytucyjnym władzom kraju. Sam entuzjastycznie podchwyciłem wizję ukraińskiej narodowej rewolucji. Sprawiedliwej rebelii która złamie rosyjsko-niemieckie plany podziału Europy Wschodniej. W wizję „dobrej Unii” i „złej Rosji” nie wierzyłem już wtedy. Później mój entuzjazm z „wygranej wolności” przygasił szok jakim była rosyjska hybrydowa agresja. Z czasem tzw. Rewolucja Godności stawała się dla mnie wydarzeniem coraz bardziej mętnym i wielopoziomowym. Obalony w wyniku rewolucji „tyran” zaś jawić się zaczął jako postać niejednoznaczna i tragiczna. Im więcej wiedziałem o tym jak naprawdę wyglądała gorąca zima kijowska z 2013/2014 tym bardziej przychylalem się do opinii, że lepiej gdyby Euromajdan nigdy się nie wydarzył. Między rokiem 2015 a 2016 wyklarowała się mi wizja drogi jaką powinna iść „Ruś Kijowska”.
Oczywiście nie chciałem i nie mogłem decydować o kursie państwowym Ukrainy. Gdybym jednak mógł to, jak mi się wtedy wydawało, dążył bym przede wszystkim do zbudowania sprawnego państwa. Takiego z którym obywatele się identyfikują. Takiego w którym młodzi ludzie nie unikają zasadniczej służby wojskowej bo wiedzą, że „oni za państwem, państwo za nimi”. Zasadniczej wojskowej bo jednocześnie, wiedziałem, że na żadną „drogę do NATO” nie ma co liczyć bez Krymu i „Ługandonu”. Zbroił bym więc kraj po zęby. Tak na wszelki wypadek. Etos „Nowej Ukrainy” oparł bym o legendę „bojowników ATO” ( wojny w Donbasie). Starając się zarazem by przewlekłe starcia zmienić w „trwale zamrożony konflikt”. Nie uznawał bym de iure aneksji Krymu i istnienia”Republik Ludowych”, ale de facto pogodził bym się z tymi stratami. Tak jak Finowie pogodzili się z utratą Wyborga, a Japończycy z rosyjskim Sachalinem. Tak mi się wydawało…
Poranek 24 lutego zmienił wszystko. Chanat Moskiewski przekroczył czerwoną linię. Dziś nie ma miejsca na „finalandyzację” Ukrainy. Dziś to Finlandia chce wejść w skład NATO. Dziś Moskwicini muszą wrócić na linię nie z 24 lutego, ale do punktu z 20 lutego. 20 luteg 2014 roku. Z pomocą Anglosasów musimy dążyć do tego by ta wojna skończyła się nie kolejnym rozejmem, a trwałym pokojem. Trwały pokój na Ukrainie będzie możliwy dopiero wtedy, gdy żółto-niebieska chorągiew załopota znów nad wojennym portem w Sewastopolu i nad ruinami sławnego lotniska w Doniecku. Co więcej jestem przekonany, że do tej „wielkiej inwazji orków” musiało dojść. Tak samo jak wcześniej do wybuchu zamieszek i separatyzmu na Ukrainie. Federacja Rosyjska rządzona przez raszystów nie mogła tolerować neutralnej Ukrainy. To nie wchodziło w grę. Dla nich Kijów nie mógł być „gdzieś pomiędzy Wschodem i Zachodem”. On musiał należeć do Ruskiego Mira.
Chorwacki przykład
Vukovar i Dubrownik to dwa miasta-symbole chorwackiej wojny o niepodległość i terytorialną integralność. Pierwsze z nich, bronione od sierpnia do listopada 1991 r., zatrzymało serbską ofensywę. Dało czas reszcie kraju na przygotowanie się do obrony. Atakowane z ziemi, powietrza, a nawet okrętów pływających po wodach Dunaju wytrzymało 87 dni. Z kolei Dubrownik, miasto- zabytek klasy „O”, bronił się długie osiem miesięcy. Stał się symbolem chorwackiego patriotyzmu jak i serbskiej brutalności. Rzecz jasna Chorwaci też świeci nie byli. Szczególnie podczas walk w Bośni i Hercegowinie dopuszczali się zbrodni i na Serbach i na Bosznikach. Nie mniej wyrobili sobie opinię „tych dobrych” umiejętnie prowadząc wojnę. informacyjną. Potrafili zdobyć poparcie dyplomatyczne, sympatię jak i dostawy uzbrojenia.
Pierwszy etap jugosławiańskich wojen domowych zakończył się w roku 1995. Chorwaci, w dwóch błyskotliwych ofensywach, zmiażdżyli separatystyczna serbską republikę. Razem z siłami Boszniaków przeprowadzili też udaną ofensywę w górach Bośni. We wrześniu NATO zbombardowało serbskie pozycje pod Sarajewem. Bośniaccy Serbowie musieli usiąść do „prawdziwych” negocjacji. W grudniu umilkły strzały.

Pierwsza połowa pierwszej dekady nowożytnej państwowości chorwackiej upłynęła pod znakiem wojny. Druga była czasem powrotu do normalnego funkcjonowania. Konflikt z „Wielką Serbią” wymusił zmobilizowanie ogromnej, jak na warunki małego kraju, armii. Wojska chorwackie (i siły paramilitarne) liczyły w 1995 roku około ćwierć miliona „bagnetów”. Nie licząc milicji Chorwatów z Hercegowiny. Gospodarka została przedstawiona na tory wojenne. Turystyka, przed 1991 kluczowy sektor gospodarki tej jugosławiańskiej republiki, z oczywistych względów nie przynosiła żadnych dochodów. Spore obszary były zupełnie wyludnione, zdewastowane i zaminowane. Żołnierze i uchodźcy często mogli wrócić tylko do wypalonych i zaminowanych ruin. Mimo tak trudnych problemów do rozwiązania Chorwacja nie stała się państwem upadłym. Nie rządzą nią weterani zamienieni w mafiosów. Ludzie normalnie żyją, zakładają rodziny, zarabiają pieniądze w kraju lub na wyjazdach zarobkowych. Kraj należy do UE i NATO. Poziom życia nie odbiega znacząco od sąsiednich krajów postkomunistycznych takich jak np. Węgry czy Słowenia. Powrót do zwykłego życia społecznego, gospodarczego i politycznego nawet po wielkiej wojnie (dla Chorwacji była to wielka wojna) jest możliwy. Warto o tym pamiętać, gdy zaczynamy mieć przed oczyma wizję Nowych Dzikich Pól i granatników sprzedawanych na bazarach Lwowa. To możliwe, ale możliwe też, że za 20 lat Elon Musk będzie wystrzeliywywał swe rakiety z kosmodromu „na krymskim stepie.
Ukraina i Jugorosja
Wojna koreańska była konfliktem niezwykle brutalnym i wyniszczającym. To tu jedyny raz w bezpośrednich starciach zwarli się żołnierze Chin Ludowych i Amerykanie oraz ich sojusznicy. To tu jedyny raz sowieccy i amerykańscy piloci ścierali się w powietrznych walkach. W końcu jednak, po trzech latach pracy „maszynka do mięsa” zatrzymała swe obroty. Podpisano rozejm. Zawieszenie broni trwa do dziś. Nigdy nie podpisano układu pokojowego więc formalnie wojna trwa nadal.
Konflikt został trwałe zamrożony. Prawie, bo przez pewien czas Północni liczyli na wybuch komunistycznego powstania na Południu. Wysyłali więc przez granicę grupy specnazu, komanda terrorystów, agitatorów i sabotażystów. W latach 60-tych dochodziło nawet do regularnych potyczek i ostrzałów na granicy. Południowi zaś wysłali do Wietnamu silny korpus by wspomóc amerykańskich sojuszników. Korea Południowa stała się jednak krajem bogatym, jednym z „Tygrysów Azji”. Pole dla komunistycznej agitacji kurczyło się więc systematycznie. W latach 80-tych Południe stało się nie tylko bogate , ale i demokratyczne. Z kolei w następnej dekadzie Północ pogrążyła się w mrokach „Ciężkiego Marszu” czyli straszliwej katastrofy gospodarczej. Nie wiadomo ile ludzi zmarło wtedy z głodu i chorób. Szacuje się, że może milion a może i dwa. Dziś Północ rządzona przez wnuka Kim Ir Sena jest synonimem biedy i absurdu. Południe to kraj bogaty i nowoczesny. Oraz silny militarnie. Gdyby dziś Północni chcieli samodzielnie „wyzwolić rodaków” to co prawda mogą zdewastować Seul i wedrzeć się w głąb Południa, ale szybko zostaną odparci i wyparci.
Jeśli powstanie, proklamowana jeszcze w 2014, Noworosja ( dziś nazywana sic! Jugorosją) to należy dołożyć starań by ta alternatywna Ukraina była Koreą Północna Europy. Nie będzie to zadanie trudne. Wszak wszystkie prorosyjskie parapanstwa są groteskowymi tworami. Jeśli zaś Rosja anektuje ukraińskie ziemie dziś okupowane to nie będzie tam wiele lepiej. Kontrast z Ukrainą „banderowska” będzie tym większy im ten kraj będzie bogatszy, sprawniej zarządzony i bezpieczny. W tym kontekście myślę o realnej realizacji projektu międzymorskiego. Prawdziwego bastionu Zachodu, a zarazem bramy na Wschód. Nie wiem czy jest to realne. Wiem jedno – trzy miesiące temu wszystkim prawie wydawało się , że jeśli Chanat Moskiewski uderzy to Ukraina przegra. Powszechne było przekonanie , że pełnoskalowa inwazja rosyjska na Ukrainę skończy się co najmniej tym, że Rosjanie wykąpią swoje tanki w Dnieprze. Na całej długości rzeki…
Na noże
Konflikt zbrojny czasem przybiera formę długotrwałej „młockarni”. Żadna strona nie zyskuje decydującej przewagi, obie tracą mnóstwo ludzi. Kolejne ofensywy i kontrofensywy przesuwają front w niewielkim stopniu. Taka była wojna iracko-irańska. Nikt nie policzył do końca ile ofiar padło po obu stronach. Mówi się o około milionie poległych. Jeśli wojna rosyjsko-ukraińska zmieni się w wojnę zastępcza Chin Ludowych i USA. Jeśli Rosja otrzyma silne wsparcie z Pekinu i sama zacznie „wojnę” zamiast „operacji specjalnej” to wojna może potrwać latami. Chińczyk będzie dostarczał „Młodszemu Bratu” wszystkiego co trzeba do prowadzenia wojny. Od hipersonicznych rakiet „Kindżał” po bieliznę dla sołdatów. Przegra ten kraj, którego żołnierze pierwsi wbija bagnet w ziemię i z białymi flagami wyjdą na ziemię niczyją wzywając chłopaków z drugiej strony do zbratania się. Jak w 1917. Wygra „twardszy” w najbardziej przerażającym sensie tego słowa lub oba kraje się rozpadną.
Czy Ukraina ma jakąś przyszłość jeśli ta wojna ma trwać latami ? Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Na pewno jednak trzeba się postarać by wojna skończyła się jeszcze w tym roku. Jeśli nie wyparciem Rosjan na „Linię 20 lutego” to przynajmniej na „Linię 24 lutego”. Pisząc o linię z 20 lutego mam na myśli 20 luty roku 2014. Datę rozpoczęcia zajmowania Krymu przez separatystów i „miłych ludzi”.

Na fotce – jedno z ikonicznych zdjęć tej wojny. Żołnierze z charkowskiej terobrony (WOT-u) ustawiają na nowo powalone przez Moskali graniczne słupy. Na fotce nr 2 – obrońca Dubrownika stylizujący się (jak to było wtedy w modzie) na Johna Rambo. Na 3 zdjęciu autor podczas samochodowej wycieczki do Kijowa.