Po osiemnastu latach
Ostatni raz byłem na tej górze latem roku 2004. To było w trzecim dniu wędrówki, słonecznym dniu sierpniowym. Dzień wcześniej szliśmy przez Wołosań w ulewnym karpackim deszczu. Kolejne jego fale przemoczyły wszystkich uczestników rajdu „Ścieżkami Karola Wojtyły” do ostatniej nitki. Było nam zimno, w butach chlupotala woda. Pod koniec dnia, gdy dotarliśmy do Roztok Górnych pięknie się rozpogodziło. Były to bowiem czasy, gdy nawet gdy jest słota, nawet gdy na niebie ciemne chmury to tylko na krótko. Taka jest bowiem młodość. Pogodna, słoneczna. Wszystko jest jakieś takie… intensywniejsze. Kolory, zapachy, smaki, zapachy. Młodość jest beztroską i bezczasem. Gdzież człowiek sobie wyobrażał siebie za 18 lat. Jakoś to będzie! Najpierw trzeba zdać maturę! – myślałem. Planów nie było, ale była nadzieja. Taka przez duże N. Byliśmy w Unii! Byliśmy w NATO!
Pocałunek na kajaku
Nacieszywszy się widokami ruszyliśmy dalej. Przez starodrzewy Okrąglika w dolinę Wetlinki. Przez połoniny Smereka do romantycznego Jaworzca, gdzie pod wieczór czuć było już nadchodzącą górską jesień. I dalej przez świetliste buczyny Falowej, łopieńskie trawy po pas, szosą wśród zielonych wzgórz nad Solinką, aż do Zawozu. Nad samym Solińskim Jeziorem. Za dnia maszerowaliśmy. Przed zachodem rozbijając biwak. Wieczorami przy ogniu watr, grały gitary, a flaszki wina krążyłt z rąk do rąk. Przed samym snem patrzyłem z Kamilą na rozgwieżdżony firmament. Opowiadałem o gwiazdozbiorach szukając „naszej” konstelacji. Gawędziłem o śladach pazurów jaguara karpackich lasów. O walkach z niedźwiedziami i śnieżnymi burzami. Bajerowałem mitami o biesach, czadach, banderowcach i zbójnikach. Oraz czymś bardziej współczesnym. Anegdotami o kontrabandzie na granicy z Ukrainą. Pozowałem na prawdziwego „bieszczadnika – Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy”. Kamila była moja wakacyjną dziewczyną. Poetyczną brunetką z Opola. Pragnęła mieć dużo dzieci i dobrego męża. Codziennie się o to modliła. Do śmielszych pieszczot (od których wszak zaczyna się zwykle powstawanie dziecka) była jednak niechętna. Szliśmy wszak ścieżkami młodego Karola Wojtyły, należała do Oazy i jakoś jej nie wypadało. Aczkolwiek zadeklarowała „jak się ze mną ożenisz to jak najbardziej”. Cóż… Nie została moją żoną, ale do dziś pamiętam smak jej ust z pożegnalnego pocałunku, który to dokonał się na kajaku w jednej z solińskich zatok. Pamiętam go dokładnie gdyż to co się zdarzyło za młodu wyrywa się w pamięci jako wspomnienie Złotego Wieku.
U zarania IV RP
Zdawało się wtedy, że nadchodzi szybkimi krokami Nowa Epoka. Prawdziwie fukujamowski koniec historii. Cóż jeszcze mogło się w tej naszej Europie zdarzyć? Owszem Al-Kaida czasem coś wysadziła w powietrze. Owszem Rosja mieszała na Ukrainie. Generalnie jednak byliśmy już w pełni częścią Zachodniego Świata, który pod przywódctwem Ameryki wydawał się niezwyciężona potęga. Obszarem dobrobytu, siły i spokoju. Putin i Bin Laden wydawali się ostatnimi wierzgnięciami Historii przez duże „H”. Wybrykami, wyjątkami potwierdzającymi regułę. Przed nami, jak się wydawało, były czasy dobrobytu i pokoju. Z czasem, jak sądziłem, nawet Bałkany się ucywilizują. Za jedną, dwie dekady nawet „Kraj Cudów”, a to jest Ukraina stanie się częścią euroatlantyckiej wspólnoty. Tak ładnie to wszystko się wtedy zdawało. Nie było jeszcze smartfonów, internet dostarczała TEPS-a , ale nikt nie bombardował Lwowa. Człowiek jeździł PKS-ami , rowerem, albo autostopem, ale też mógł wypić litr „Chortycy” i wstać rano bez kaca. Zaiste był to Wiek Złoty.
Zapaść się w puszczę
Jedynaście lat później wędrowałem po lasach po drugiej stronie doliny. Byłem tym razem sam. To znaczy w tym konkretnym momencie. Generalnie w Cisnej pojawiłem się podwożąc znajomych, którzy brali udział w górskim ultramaratonie. Skoro tylko bieg wystartował ja ruszyłem na długi spacer „na wilczej stopie”. Przez październikowy Łopiennik. Było cicho. Tylko krakanie kruków i kwilenie drapieżnych ptaków przerywało bezdźwięczne powietrze. Wszedłem na wierzchołek Łopiennika i wypiłem piwo obok obelisku upamiętniającego biesiadę romantycznych poetów w tym miejscu. Pierwszych ludzi spotkałem dopiero przy cerkwii w Łopience. W sumie spotkałem po drodze więcej łań, leśnych ptaszków i wiewiórek niż istot ludzkich. Na samym końcu wycieczki nieco się zgubiłem w plątaninie ścieżek. Kierując się jednak trochę wiedzą o lokalnej topografii, a trochę intuicja dotarłem do Solinki. Przebywszy ją w bród, już asfaltem dotarłem na metę biegu. Akurat co do minuty na finał górskich zawodów biegowych.
Tuż po 29 urodzinach
Byłem to Ja, ale zupełnie inny Ja. Ja z planem. Jeszcze młody i silny jak nigdy. Ja – ofermowaty licealista-intelektualista to była ja zamierzchła przeszłość. Przeszłością byłem też Ja- zagubiony w Wielkim Mieście i dorosłości Piotruś Pan. Teraz to ja byłem byk . Opalony na ciemny brąz junak-tentr. Taki co podnosi wielkiego raftersa jakby był z plastyku, a nie aluminium. Konkretny facet z samochodem, workiem z funtami i wizją przyszłości. Miałem już Plan. Rozpisany w głowie miesiąc po miesiącu. Wiedziałem kiedy zostanę w końcu magistrem (wypadalo by w końcu) i kiedy, mniej więcej, poznam przyszłą żonę (tak samo, wypadało by w końcu). Dokładnie wyliczyłem ile razy i na jak długo wyruszę jeszcze w rejs ku brytyjskim brzegom. Zaplanowałem co chcę robić w Polsce, ile mieć dzieci , a nawet kolor włosów ich matki. Miedziano-rudy oczywiście, gdyż jak mawiają „płomień na górze to wulkan na dole”. Chciałem też i miałem solidne postanowienie ku temu by wejść w świat sportu. Nawet i zapisać się w szeregi jakiejś Gwardii Narodowej, która niewątpliwie niedługo musiała powstać. Czasy bowiem zrobiły się niespokojne.
Na granicy epok
Do Europy wróciła wojna. Islamski radykalizm nie tylko nie został wyplewiony, ale i rósł w siłę. Gdy wędrowałem przez lasy, w październiku, coś wisiało w powietrzu. Faktycznie miesiąc później Państwo Islamskie uderzyło w Paryżu zabijając setki ludzi. Wcześniej latem przez południowy wschód Europy przetoczyła się fala uchodźców i migrantów. Całkiem blisko mojego Podkarpacia. Na Ukrainie od półtora roku trwała wojna. Na Ukrainę było jeszcze bliżej. Obwód Zakarpacki to tylko kilka dolin od Cisnej. Jednocześnie jednak to wszystko było bardzo odległe. Do Mariupola z Krosna jest 1478 kilometrów, do Vukovaru tylko 714. Wojna w Donbasie była straszna, ale odległa. Dżyhadyzm? Przedmieścia Paryża również były bardzo daleko. Mosul zaś postrzegałem raczej jako gród z „Baśni 100 i 1 nocy” niż realne miasto. Wierzyłem wtedy, kolejny już raz, w Wielką Zmianę. Chciałem wierzyć. W to, że jednak powstanie ta IV RP. Będzie wyglądać zupełnie inaczej niż ta, którą wyobrażałem sobie w 2004. Będzie inna, jeszcze lepsza bo realistyczna. Wierzyłem także w zmianę w całym świecie Zachodu. Musi coś się zmienić – mówiłem sam do siebie. Nie wyobrażałem sobie rakiet spadających jak ogniste jastrzębie na miasta tuż przy polskiej granicy.
Cerkiew w Łopience – X 2015. Na pierwszym foto – widok na słowackie Góry Bukowe i Wyhorlat.
Zniknąć w górach
A teraz siedzę wśród falujących traw. W tym samym miejscu co osiemnaście lat temu. Trawy szumią na wietrze. Falują różem łany Iwan-Czaju. Kwitną żółto dziurawce, a na niebiesko kwiaty, których nazwy nie znam. Zagryzam piwo garścią borówek. Słońce grzeje mi twarz i pragnę by zniknąć. Rozpłynąć się w górskim wietrze, w promieniach słońca. Bez bólu i bez strachu. Osiemnaście lat temu bałem się, że ta nadchodzącą jak mniemalem epoka dobrobytu i pokoju w Europie skaże mnie na nudne życie. Nie było nudne. Nie nadeszła też owa epoka. Wtedy mi było czasem markotno, iż „nic się ciekawego już się w Europie nie wydarzy„. Zazdrościłem starym ludziom , że byli świadkami historii przez duże H. Los wysłuchał tych narzekań . Wyszło, że byłem świadkiem bezpośrednim ważenia się losów Świata. Mimowolnie, po prostu życie mnie zmusiło. Historia wciągnęła w swe tryby i zmieliła. Sam sobie tego zażyczyłem. Czy mogę mieć pretensje? Chyba nie.
Sen i bezsens pisania
Przez lata pisałem na „Chutorniku” co wiem i co mi się wydaje. Świat tymczasem stawał się coraz dziwniejszy. Gdy myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy znów byłem zaskakiwany. Wizja boju toczonego w stepach Ukrainy pomiędzy amerykańskimi ochotnikami, a „dobrowolcami” z Korei Północnej przerosła mnie zupełnie. Tak samo jak informacja o zaminowaniu elektrowni atomowej w Enerhodarze. Naprawdę chyba trzeba przestać snuć rozważania i pogodzić się z rzeczywistością taką jaką ona jest. Świat się zatrząsł w posadach. Nie wiem czy jakiekolwiek analizy, rozkminy mają jeszcze jakiś sens. Bardziej należy zaufać snom i intuicjom niż analizom. Więcej interesować uprawą ziemniaków niż geopolityką.
Nowa Polska, Nowy Świat
Czasem widzę to wszystko w czarnych barwach malowane. „Wielka prywatyzacja na Ukrainie” krzyczą nagłówki portali informacyjnych. Ah! Zapewne Monsanto wykupi czarnoziemy, a Heinkel cementownie… Innym razem moje serce raduje się widząc w telewizji jak rosyjska baza wojskowa na Krymie wylatuje w powietrze. Nie wiem co z tego wszystkiego będzie. Jedno jest jednak pewne – dla Ukrainy to „wojna Czerwonej Kaliny”. Wojna Ojczyźniana, totalna. Walka na noże. Do zwycięskiego końca, albo do totalnego upadku, ruiny i depopulacji. Takie to mamy czasy… Wiem też na pewno, że to co się zdarzyło w ostatnich latach i miesiącach to koniec Polski jaką znałem. Z dzieciństwa, z młodości. Tej którą stworzył Stalin z polskimi komunistami pospołu z (sic!) polskimi biskupami i kardynałami. Rzeczpospolitej de facto monoetnicznej. Kraju prawie (choć bardziej formalnie i „kulturowo” niż żarliwie) monowyznaniowego. Tego już nie będzie. Mam 36 lat. Za 36 lat wiceministrem obrony w Tym Kraju będzie polityk z ramienia partii UNDO. Syn dowódcy kompanii zmechanizowanej, która walczy teraz pod Chersoniem. Za 36 lat katolików rytu rzymskiego będzie u nas może 30%. Tak będzie i trzeba ogarnąć to historyczne wyzwanie. Większe jeszcze niż tzw. transformacja ustrojowa. Która jak sami wiecie trochę nam wyszła, a po trochu okazała się „złodzieizacją”. To wyzwanie, którego nie możemy nie podjąć. Wygrać zaś możemy bardzo dużo. Odtworzenie tego co zburzyły wojny XVII wieku i rozbiory. Przegrać możemy też wszystko. Alternatywą jest kraj biednych starych ludzi. Za to etnicznie czysty, parafrazując banderowski slogan, niemal jak szklanka wody. Lub też etniczne konflikty. Takie same jak w Irlandii Północnej, dawnej Jugosławii czy w Hiszpanii.
Rozumiem też, że „Czasy Ciekawe” dopiero się zaczynają. Świat jest teraz kotlowiskiem sprzeczności. Tych zewnętrznych – międzypaństwowych. Vide kryzys tajwański. Lecz i wewnętrznych. Nie wiem jak długo Chiński Smok będzie rósł z taką demografią jaka jest w Państwie Środka. Co dalej? Eksplozja? „Ucieczka do przodu” w rosyjskim stylu? Może jednak implozja – Chiny Ludowe zapadną się do środka? Nie wiem czy i jak długo tak różne twory jak Kalifornia i Teksas będą mogły funkcjonować w ramach jednego państwa. Wojna secesyjna 2.0 ? Kto tam wie… Nie wiem nawet czy po kolejnej zimie Europa nie stanie się krainą bezrobocia, hiperinflacji, zamieszek i wszelkich ekstremizmów. Co będzie to będzie. Ja na pewno muszę odpocząć.
P. S.
„Oj nie szum i nie graj sine morze / i nie równają z nami / z nami Kozakami / nierównymi siłami! (…)” 🙂
P. S. 2
Truciciele piastowskiej rzeki Odry zasłużyli na stryczek.


