W Hellenidach


To zdjęcie sprzed dwunastu. Zrobione na szczycie zwanym Mitikas. Najwyższym w Masywie Olimpijskim. Jakaż to piękna była wycieczka. Startuje się z uroczyska zwanego Pironia. To takie greckie Morskie Oko. Do morza zresztą niedaleko. Ledwie kilkanaście kilometrów. Dalej idzie się już pieszo. Stromą i krętą ścieżką ku górze. Po drodze mija kolejne roślinne piętra. W końcu, kilometr wyżej można zanocować przy małym schroniskiem położonym na skalnej półce. Wokół niego rosną z rzadka ogromne i czarne bałkańskie jodły. Drugiego dnia skoro świt rusza się jeszcze wyżej. Mija krainę kosodrzewiny i wychodzi na kwietne połoniny. Mnóstwo tu motyli, kozice skubią trawy, a na niebie kołują orły i sępy. Powyżej hal idzie się wśród rozległych, spalonych słońcem piargów i płatów wiecznego śniegu. Choć pokryte warstwą kamiennego kurzu i rażone słońcem Południa trwają niezłomnie. Świadczą o tym, że jesteśmy wyżej niż sięgają najwyższe szczyty Karpat. Na samym końcu ostatni odcinek zwany „Złe Schody”. Wdrapując się tą dziką percią dochodzimy do Zamku Zeusa. To najwyższy szczyt Grecji i drugi na Półwyspie Bałkańskim. 2918 m. n. p. m.

Idąc w dół można rozbić biwak obok monasteru świętego Dionizego. To klasztor z czasów Bizancjum. Spłonął w 1943 – była to kara niemieckich okupantów za pomoc tutejszych mnichów okazaną partyzantom. Dziś jest odbudowany i niezwykle radośnie cieszy oko. Archetypowa pustelnia ukryta w głębokim na dwa i pół kilometra kanionie. Cudne to uczucie zasypiać po kilkunastogodzinnym zejściu z ogromnej góry. Na dziedzińcu starego klasztoru. Z oczyma wpatrzonymi w rozgwieżdżone niebo, a uszyma zasłuchanymi w koncert cykad przerywany chóralnym wyciem wilków.

Rankiem dnia trzeciego zostaje powrót do nadmorskiego Litochoro. Szlakiem biegnącym wzdłuż wąwozu w którym płynie potok Enipeas. Trasa to technicznie łatwa. Przypomina wycieczki po Pieninach czy Słowackim Raju. Trzeba jednak pamiętać, że idzie się górnym skrajem wapiennego jaru. Dostęp do wody jest ograniczony, a lato w Grecji jest straszliwie skwarne. Drobne listki buszu zwanego makia nie dają cienistego ratunku. Na szczęście na końcu drogi jest źródło pulsujące lodowatą wodą. Litochoro to kres wyprawy. Teraz można odpocząć na Egejskiej plaży, lub odwiedzić starożytne, macedońskie Dion. Fajnie tam w sierpniu. Choć w maju czy październiku pewnie chłodniej 🙂

Tak było dziesięć lat temu. A czemu ten wpis? Najzwyczajniej chciałem napisać COŚ INNEGO. Nie związanego z wojną. Takie wytchnienie.

P. S.

Idzie zima, trzeba nasmarować biegówki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *