Rejs na Wyspy Funtowe
Pierwszy mój rejs na Wyspy Brytyjskie to był rok 2014. Ten właśnie rok w którym powoli zaczęliśmy osuwać w Epokę Chaosu, a ja sam wszedłem w zupełnie nową rzeczywistość. Pierwszy sezon był krótki, ale bardzo trudny i psychicznie i fizycznie. Wróciłem spalony słońcem. Wymagany słonym wiatrem. Pod opalona skóra mocne mięśnie. Dłonie miałem zgrubiałe od pracy młotem, hamerganem i pegspullerem. Poznaczone bliznami uczynione linami i żaglowym płótnem. Wygladałem dokładnie tak jak chciałem wyglądać w dzieciństwie. Jak żeglarz z XIX wiecznego klipra. Na szyi kołysał się mieszek z funtami. Cudowne szeleszczące papierki z wizerunkiem JKM Elżbiety II. Trudności zostały przełamane.
Na początku nie chciałem wracać. Myślałem, że to jednorazowa przygoda. Później pokochałem tę pracę. Wyruszałem na Wyspy jeszcze pięć razy. Pokochałem surowe obozowe życie. Brytyjskie krajobrazy. Klify Kornwalii i Dosetu. Wzgórza pokryte wrzosowiskami. Angielskie wioski jako żywo przypominające te z młodości Tolkiena. Starówkę Exeter i mokradła u ujścia Exe. Polubiłem twardą robotę od wschodu do zachodu słońca. Pracę w terenie, bez względu na pogodę. To tam zrozumiałem, że prostota czyni człowieka radosnym i silnym. I myślę, że tam jeszcze kiedyś wrócę. Wsiądę w Jasionce na pokład Rayanera i wysiądę w Bristolu. Może za rok, może za dwa. Rejs to piękna rzecz.
P. S.
Do przeczytania!
