Lekcja o Lewancie i Kaukazie
Rewolucja na ulicach Gruzji ma w sobie (jak często bywa z rewolucjami) posmak tragedii. Jedni Gruzini wskazują na wskaźniki gospodarcze. Są jasne – więzi gospodarcze z Rosją wzmacniają się, relacje z krajami Unii słabną. Gospodarka rośnie podlewana rublem raczej niż euro. Kraj Kartwelów kulturowo może i jest europejskim jeśli chodzi o kulturę, ale geograficznie leży w większości za kaukaskim wododziałem. Między Persami, Turanem, a Moskovią. Mówią „skoro w końcu wychodzimy z biedy to może siedźmy cicho?”. Chcą zapomnieć o klęskach z 1991, 1994 i 2008. Legionistów walczących na Ukrainie traktują jako niebezpiecznych marzycieli. Pytają „Czy Amerykanie stanęli w naszej obronie, gdy rosyjskie czołgi szły na stolicę?”, „czy my jesteśmy prorosyjscy czy może pół Europy?”, „co nam może dać Zachód – bezdzietność i woke?”. Inni zaś Gruzini demonstrują, zbierają się na wiecach, piszą apele o pomoc. Oczywiście za protestami stoją konkretne siły polityczne i konkretne pieniądze lecz manifestanci są szczerzy. Niektórzy nie chcą „ruskiego świata” tylko „zachodniości” , ale są też tacy, którzy nie mogą zapomnieć o rajskiej Abchazji, o smaku upokorzenia. Nie chcą by ich ojczyzna była tylko krajem wysokiego wzrostu gospodarczego, barwnego folkloru, barwnych krajobrazów i dobrego wina. Jedni i drudzy – rewolucyjni i ostrożni mają swoje racje tak jak Polacy mieli dwie racje w grudniu 1830 roku. Na tym polega klasyczne pojęcie tragedii. Dwie racje, które nie są fałszywymi.
Dalej na południe, w Lewancie znów zapłonęła wojna syryjska. Wojna, która wybuchła w 2011 roku i było to wtedy nieuchronne. Masy młodych mężczyzn nie mających perspektyw na spełnienie zarówno zawodowe jak i często seksualno-rodzinne, postkolonialny kraj rządzony przez reżim opierający się o mniejszości, światowy kryzysy gospodarczy – to wszystko stanowiło proch. Iskrą była rewolucyjna fala, która ruszyła z Tunezji i przez Egipt dotarła do Lewantu. Plus działania wywiadów (jest to tajemnica poliszynela) z tureckim na czele. Syria wybuchła w chaosie , który rozlał się na ledwo co uspokojony Irak. Wszyscy bili się ze wszystkimi wchodząc w egzotyczne koalicje z dotychczasowymi wrogami. Interweniowali w ten konflikt Rosjanie oraz Turcy, Żydzi, Amerykanie, Brytyjczycy, Persowie, Hezbollah, szyickie milicje z Iraku i Afganistanu, Francuzi, arabskie monarchie znad Zatoki, sunnicy mudżahedini z całego świata, przeróżni ochotnicy i najemnicy. Wielkie obszary zostały wyniszczone i wyludnione niczym kraje niemieckie w wojnie trzydziestoletniej lub ten sam Lewant po najazdach Tamerlana Zdobywcy. Teraz znów Lewant ogarnęła pożoga. Cieszy, że prorosyjski reżim jest bity lecz smutna to radość. Wojownicy HTS-u walczą wspaniale lecz nienawidzą oni Zachodu równie gorąco jak afgańscy talibowie. Gdy zwyciężą, gdy wezmą Damaszek będziemy mieli drugi Afganistan nad Morzem Śródziemnym. Każde rozwiązanie sytuacji w Syrii jest złe i na tym polega tragedia w dawnym, pierwotnym znaczeniu.
Gdy w 2015 zaczynałem tworzyć „Chutornika” Kaukaz i Lewant były czymś dalekim i odległym jak samo pojęcie „wojna”. Może nie czymś abstrakcyjnym lecz na tyle odległym, że bojownicy z kałsznikowem byli dla mnie totalną egzotyką. Minęły lata. Przyszedł rok 2022 i zobaczyłem takich na żywo. Niektórzy mieli po dziewiętnaście lat. Nastoletnie suchoklatesy w nieco za dużych hełmach, z automatami w ręku i adrenaliną w oczach. Jedni w standardowych ukraińskich mundurach inni poubierani w dresy i kufajki, oznaczeni jedynie niebieską opaską – przypominali opłoczeńców Dudajewa. Gdy opowiadałem dziś w technikum o tym odległym Kaukazie i Lewancie przypomnieli mi się tamci chłopcy. Niech Bóg ma więc chłopców z „mojego” technikum w swej opiece, żeby nigdy nie musieli znać automatu w innym kontekście niż ćwiczenia WOT-u, zabawy w rekonstrukcję historyczną czy strzelnica sportowa.