Rangersi
Skakali rytmicznie, w równych odstępach, w noc w połowie drogi między pełnią a nowiem. Białe czasze otwierały się błyskawicznie jedna za drugą. Pułap desantu był bardzo niski, przeprowadzono go nocą, ale skoczkowie mieli spore doświadczenie. Lądowali także planowo. Wielki, bezleśny wapienny płaskowyż położony wysoko w górach północnego Kardanostanu był idealny bezpiecznego zrzucenia grupy. Od własnych wojsk dzieliło ich dwieście siedemdziesiąt wiorst. Natychmiast po lądowaniu ukryli solidnie spadochrony. Błyskawicznie przygotowali się do drogi. Do świtu, poruszając się bez wytchnienia oddali się mocno od miejsca zrzutu. Dwudziestu siedmiu komandosów zrzuconych w tym rejonie było tylko częścią czegoś dużo większego. Tej i następnej nocy, w różnych miejscach, daleko za linią frontu desantowano jeszcze dwadzieścia takich grup. Cały II Batalion z 4 Pułku przerzucono drogą powietrzną na tyły wroga. Piloci samolotów transportowych i śmigłowców popisali się wielkim kunsztem. Zdołali przeniknąć niewykryci daleko w wrogą przestrzeń. Zrzucili grupy dywersyjne tam gdzie trzeba i odlecieli do baz. Ani jedna maszyna nie została strącona. Żadna też nie rozbiła się o zbocza gór, nie zahaczyła o korony drzew. Początek operacji „Nagłaja Roża” udał się znakomicie.
O świcie pluton R-18 ukrył się w świerkowym młodniku. Gęstwina skutecznie ukrywała watahę dywersantów. Co prawda byli na prawie całkowitym bezludziu, ale strzeżonego bogowie strzegą. Podczas postoju dokładnie przeglądnęli czy wszystko co ze sobą zabrali jest na swoim miejscu. Jedni byli uzbrojeni w automaty inni w samopowtarzalne karabiny z lunetą. Mieli w zespole erkamistów, grenadierów z i radiotelegrafistów taszczących ciężkie radiostacje. Wlekli też ze sobą jednorazowe granatniki, dodatkowe granaty i taśmy z amunicją. Racje żywnościowe, maski gazowe, łopatki, generalnie wszystko co było im potrzebne do przeżycia i wykonania zadania. Każdy z nich miał już za sobą podobne misje. Ta miała być najtrudniejsza. Przeprowadzona zimą, bardzo daleko od Swoich. Nie przeszkadzało im to. Nawykli do nadludzkich trudów i przełamywania strachu. Ryś był jednym z najbardziej zajadłych wojowników w grupie. Gdy miał czternaście lat jego rodzinną wieś spacyfikowano. W zaczystce zginęła prawie cała jego rodzina i spłonął rodzinny dom. Jedynie on i jego dziesięcioletnia siostra przeżyły. Przygarnął ich oddział partyzancki. Chłopak chciał zostać w nim na stałe, ale otrzymał jasne rozkazy „uczyć się!”. Tak więc do siedemnastego roku życia dzielił życie na szkołę, pracę na kolei i opiekę nad siostrą. W międzyczasie odnalazło się wujostwo, które przygarnęło do siebie Makirę, a wojna z powstania narodów Kardanostanu zmieniło się w wojnę pomiędzy Imperium Północy a Cesarstwem Zachodu. Zdawszy ostatni szkolny egzamin pożegnał się z krewnymi i przyjaciółmi i złożył podanie o przyjęcie do Rangersów. Elitarnych oddziałów wyspecjalizowanych w wojnie podjazdowej. Przeszedł surową selekcję wstępną i sześciomiesięczne szkolenie. Jeszcze surowsze niż egzaminy wstępne. Nauczył się kamuflażu, łączności, orientacji w terenie, walki wręcz, wspinaczki, forsowania rzek, zakładania min, urządzania i unikania zasadzek. Poznał tajniki obsługi różnych rodzajów broni oraz metod przenikania przez linie wroga. Potrafił zrobić sto pompek za jednym „strzałem” i przebiec w pełnym uniformie z karabinem w ręku dwadzieścia wiorst. Później przyszły prawdziwe bojowe misje. Miał już ich za sobą kilkanaście. Były takie kilkudniowe, jak i takie trwające tygodniami. Raz odniósł rany, gdy jego grupę wytropiła para Krogulców – samolotów wyspecjalizowanych w polowaniu na takich jak oni. Po tym zdarzeniu została wielka blizna na ramieniu i barku. Innym razem prawie zmarzł z zimna, zmęczenia i braku snu, gdy w jesiennych ulewach, wysoko w górach jego oddział zgubił drogę. Miał już też baretkę Orderu Słońca i Orła. Sami Wielki Książę zawiesił mu na piersi odznaczenie. Nazywano go Rysiem i to zwierzę przyjął za swój pseudonim. Teraz brał udział w najpoważniejszej akcji w swoim młodym życiu. Miał nadzieję, że bogowie, a szczególnie Bóg Wojny nadal będą mu sprzyjać.
Po wystawieniu wart spożyli coś w rodzaju szybkiego śniadania. Zagrzali herbaty na maszynkach, zjedli wysokokaloryczne potrawki mięsne i nieco suszonych owoców. W eter popłynęły meldunki o udanym zrzucie. Porozmawiali parę chwil. Palacze zapalili przydziałowego papieroska, melomani odsłuchiwali ulubione utwory na plutonowym walkmanie. Ochłonąwszy po emocjach desantu i będąc pewnymi, że są bezpieczni, ucięli sobie czterogodzinną drzemkę. Po niej przypięli narty i ruszyli w dalszą drogę. Poruszali się cały czas pod osłoną świerkowo-libowych lasów. Dopiero po zmroku zeszli poniżej poziomu górnego regla. Sunęli dalej. Każda z trzech drużyn posiadała jedne okulary noktowizyjne. Pierwszy narciarz drużyny nosił je na głowie kierując jakby ruchem reszty. Góry Północnokardańskie sięgały w tych okolicach ponad 3000 metrów nad poziom morza. Były strome i dzikie. Nieprosto było zapanować nad nartami. Nie łatwo nie rozbić o potężne buki, nie zjechać nieopatrznie w przepaść. Podejścia z kolei wyczerpywały siły najmocniejszych. Doskonałe wyszkolenie i doświadczenie starych narciarzy-partyzantów i spożyta baskadina sprawiły, że kolejny odcinek marszruty został jednak wykonany bezbłędnie i bez kontuzji. O brzasku znów odpoczywali. Tym razem spali cały dzień. Ponownie ukryci w gęstwinie. Oddalili się od płaniny na której wylądowali już na kilkadziesiąt wiorst. Zapowiadana przez meteorologów śnieżyca zasypała wszelkie ślady ich marszu. Rozpłynęli się w masach białego puchu, który miał padać kilka dni z rzędu. Następnego dnia intensywne opady miały zmienić się w prawdziwy buran. Północny wiatr nie był ich wrogiem. To pod osłoną gwałtownej wichury mieli zejść na stepowe równiny. Przekroczyć zasieki Linii Północnej i linię kolejową biegnącą wzdłuż rzeki i zniknąć wśród ogromnych nadrzecznych mokradeł. Plątanina trzcinowisk, zamarzniętych bagien i starorzeczy, łęgowych lasów i prawdziwych olszynowych puszcz była idealnym schronieniem. Trzeciej nocy udało się tam dotrzeć. Przedarli się przez podwójną linię zasieków z żyletkowatego drutu. Linia Północna nie był zbyt mocno pilnowana. Powstanie zostało w tych okolicach wygaszone, wrogowie byli pewni siebie i rozleniwieni. Wichura niosąca tumany śniegu sprawiła, że pogranicznicy i żołnierze Gwardii Terytorialnej nie mieli ochoty wyłazić ze swych posterunków. Tory przeskoczyli też szybko, skrycie i sprawnie. Dopadli nadrzecznej krainy. Kolejny zmierzch był sygnałem do następnego skoku. Nie mieli jednak zamiaru zostawać na południowym brzegu Sławmuru. Chcieli go przekroczyć i uderzyć po drugiej stronie tam , gdzie wróg całkowicie się nie spodziewa zadania mu ciosów. Skoordynowanych, gwałtownych, celnych ciosów. Dokonali jednak. Przepłynęli na północny brzeg na dwóch łódkach dużo wcześniej przygotowanych przez utajoną komórkę sprzyjających Kardanostanowi bojowników cichego frontu. Skutecznie wymijając krę i twardo walcząc z prądem rzeki dobili do plaży. Co prawda po Sławmurze pływały rzeczne patrolowce, a nad rzeką latały śmigłowce zaopatrzone w wielkie reflektory, ale rozkład rejsów bojowych i lotów był znany wywiadowcom. Wiedzieli kiedy przeskoczyć przez szeroką na kilka wiorst rzekę. Tam, na drugim brzegu znów przycupnęli wśród dziczy.
Następny odcinek – w poniedziałek po Gromnicznej. Opowiadanie dedykowane. Tym, którzy walczą. Nie za tego czy innego polityka, magnata czy ideologa tylko za Słuszną Sprawę. Na fotce – dzielni nigeryjscy komandosi z sławnej 3rd West African Brigade przygotowują się do zrzutu nad górami i dżunglami okupowanej przez Japońców Birmy. Rok 1944.