Grudzień


Pierwsze co z polityki pamiętam to wybory w 1990. Ten deszczowy (o ile dobrze pamiętam) , jesienny wieczór , gdy poszły głosy rodziców i dziadków Za Lechem… A dokładnie moment , gdy wspinając się na placach wrzucałem do wielkiej urny głos za Lechem. Lokal wyborczy mieścił się w ZSE w Krośnie. W pomieszczeniu , które dziś jest pokojem nauczycielskim. Zawsze , gdy pracując w  tej szkole ( a zdarzyło mi się to 2,5 raza)  wchodziłem do ww. sali przypominałem sobie ten moment z 1990 roku.    Mętne są moje wspomnienia tych pierwszych lat naszej III RP. Naszej bo innej Ojczyzny nie mamy.  W jakichś przebłyskach widzę relacje telewizyjne i rozmowy polskie  z czerwca 1992 roku.  To wtedy moim zdaniem skromnym, a nie w 1989 roku, zdecydowało się jaką drogą pójdzie nasze państwo. W 1989 jeszcze wszystko było płynne.  Na pewno nie była możliwa zbrojna  rewolucja, ludowa wojna, wieszanie sekretarzy i generałów na szubienicach. Polacy byliby zdolni do powstania owszem w 1956, 1970, 1982 lecz nie na przełomie lat 1980 i 90-tych. Ani Solidarność nie miała ochoty na bój ostatni  , ani dyktatorskiemu duetowi generałów   nie paliło się do realizacji wariantu rumuńskiego. Była jednak możliwa Inna Transformacja i ta możliwość została złamana wraz z upadkiem rządu Olszewskiego.  Poszło jak poszło  więc i dziś mamy państwo  dysfunkcyjne na wielu polach. Jakie jednak ma  być państwo , którego prawdziwym  mottem założycielskim było Pierwszy milion trzeba ukraść ?  Jaka ma być Rzecz Pospolita skoro już u zarania jej świętym prawem było zaradniejszy ma rację. Przy czym zaradniejszy oznacza dobry w kombinowaniu. Taka surowa prawda. Choć inna  prawda  taka, że nie wiemy co byłoby gdyż  co nie  było tego nie ma. Możliwe, że ów, mityczny nieomal dla wielu Polaków rząd i tak rozpadłby się niedługo później. Na skutek wewnętrznych tarć, intryg opozycji i obcych mocarstw. Pamiętajmy i wtedy i dziś jesteśmy krajem postkolonialnym. Kto tego nie rozumie ten nic nie rozumie.

 

Nie było, w każdym razie, kontynuacji solidarnościowej rewolucji. W tej czy innej formie. Były polskie lata 1990-te.  Z jednej strony można było obserwować  wspaniały wybuch przedsiębiorczości Polaków.  Z drugiej  panowała totalnie nierówna konkurencja. Jedni bowiem uwłaszczali się na państwowym czyli niczyim , zdobywali korupcyjne  i bandyckie fortuny, korzystali z sieci znajomości. Inni musieli harować jak wściekli nie mając takiego dopingu. Jedni harowali siedem dni w tygodniu po kilkanaście godzin czy w Tenkraju czy na obczyźnie. Inni zaś nie pracowali bo nagle w ich gminie bezrobocie sięgnęło 50%. Ponieważ nie mieli odwagi i sił na migracje. Często popadali w apatię i/lub alkoholizm. Nikt nie zliczy ile ludzi przedwcześnie zmarło z powodu nadmiaru lub niedomiaru pracy. Nikt nie policzy zwałów, samobójstw szybkich i tych na raty, rozbitych rodzin i złamanych życiorysów. Dziś modne jest krytykowanie balcerowiczyzmu. Tylko jakie to ma k… znaczenie? Trzeba było go krytykować w 1992 roku. Robić to w 2025 to to samo jak być antynazistą w tym samym 2025.  Nie wiadomo ile ofiar pochłonęła terapia szokowa. Nie mam jednak wątpliwości, że gdyby transformacja ustrojowa miała bardziej ludzką twarz tych ofiar byłoby znacząco mniej. Przy czym nasze PKB w 2025 nie różniłoby się od tego , które mamy teraz. 

 

Epoka paradoksów

Obowiązywał  w tamtych czasach powszechny kult Zachodu. Przesiąkał prawie wszystkich. Sam pamiętam jak słuchałem z zachwytem o cudach Juesej i Erefenu. Gdy dostałem sto dolców od ciotki ucałowałem  je nabożnie.  Następnie spałem  z nimi pod poduszką. 100 dolców czyniło nie w moim dziecięcym przekonaniu  prawie , że American Byznesmen. Tu w Galicji kościół katolicki  miał rząd dusz. Ogoleni na łyso chłopcy ubrani w dresy pokornie klękali na ulicy , gdy ksiądz szedł do jakiegoś chorego z Wiatykiem. Ci sami chłopcy marzyli , żeby być jak Ci z Pruszkowa i Wołomina. W Watykanie zasiadał  Nasz Dalajlama. Generalnie szanowano  go (lub choć pozorowano szacunek) od klifów Wolina po bieszczadzkie połoniny. Jednocześnie pierwsze proaborcyjne manifestacje to przecież bodajże 1993 rok.  Ludzie szli w niedzielę do kościoła i palili Panu Bogu świeczkę. W poniedziałek zaś kupowali tygodnik Nie w kiosku Ruchu paląc tym samym  diabłu ogarek.  Sam Jan Paweł II coraz bardziej, jak się zdaje, odrywał się od polskiej rzeczywistości. Owszem , gdy byłem na spotkaniach z nim w Krośnie czy Starym Sączu widziałem tłumy bliskie ekstazy. W życiu ekonomiczno-społecznym zasady katolickiej nauki społecznej nie obowiązywały. Neoliberałowie zagraniczni (licząc i skutecznie liczyli na neokolonialne profity) jak i lokalni (często świeżo nawróceni eks-PZPR-owcy) wpajali Polakom do głowy, że liczy się tylko wolna konkurencja. Wbijali jak młotem, z gracją agitatorów z czasów stalinowskich, że słowa takie jak strajk, spółdzielnia, współpraca są trefne.

 

Zarazem jednak protestów, strajków było wtedy naprawdę sporo. Najbardziej zapamiętałem blokady dróg w 1999 i wielkie zamieszki kibicowskie w Słupsku w 1998.  Przemoc uliczna była powszechna. Po mordzie można było dostać na ulicy, na festynie, na koncercie. Punki tłukły się ze skinnami, kibice między sobą i z policją, wieś lała się z wsią a osiedle z osiedlem.  W 2024 mieliśmy 503 zabójstwa, w 1999 -1048.  Wojsko było jeszcze trochę Ludowym, Policja była jeszcze bardzo milicyjna. Źle tej ostatniej szło zwalczanie dobrze zorganizowanych band rodzimych i tych zza wschodniej granicy. Co innego pałować rolników, czy przylać młokosowi pałą a co innego rozbić gang. Dopiero na przełomie stuleci walka z zorganizowaną przestępczością zaczęła być jakoś skuteczna. Lecz nie tyle dlatego, że służby były skuteczne co temu , iż nasi mafiosi tamtych czasów zwykle  zupełnie inaczej pojmowali słowo honor bandyty niż przestępcy z Kaukazu czy południowych  Włoch. Tzn w ogóle go zwykle nie mieli.  W tych dziwnych czasach   dochodziło do kuriozalnych sytuacji kiedy wywodzący się z solidarnościowej rewolucji premier kazał lać pałami protestujących rolników. Których wodzem był eks-członek PZPR-u, a zarazem prawdziwy trybun ludowy tamtych czasów. Polacy niby mieli dość powstańczo-romantycznego obciążenia , ale gdy w 1997 przyszła gigantyczna powódź zerwali się do czegoś w rodzaju qasi-powstania. Nagle wojsko, policja, urzędnicy i zwykli cywile zaczęli działać zaskakująco sprawnie a miejscami heroicznie. Nagle okazało się, że nie tylko konkurencja jest wydajna, solidarność  czasem też się sprawdza.  Dziwna zaprawdę to była epoka te lata 1990-te. Dziwna i bardzo, bardzo toksyczna. 

 

Od bojownika po grzecznego chłopca

Ja dość szybko zainteresowałem się polityką. Już około gimnazjum miałem swoją własną doktrynę polityczną. Całkiem spójną jak na trzynastolatka. Był to mix faszyzmu, teokracji, militaryzmu, eurosceptycyzmu, sarmackiego republikanizmu i demokracji wojennej. Z ważnych momentów politycznych mojego dzieciństwa pamiętam moje agitacje przeciwko Aleksandrowi Kwaśniewskiemu  w 1995 oraz przeciwko zdradzieckiej Konstytucji w 1997. Dziś o wiele przychylniejszym okiem patrzę na Olka i jego dwie kadencje. Konstytucję zaś … cóż może nie jest zdradziecka, ale na pewno jest dysfunkcyjna i wymaga dziś co najmniej gruntownej reformy. Bo nie działa.

Za największego wroga zewnętrznego uważałem Rosję. Mieliśmy nawet z kolegami zamaskowany bunkier. Taki w razie konieczności podjęcia wojny partyzanckiej. Jeździłem na obozy w Bieszczady i uskuteczniałem narciarstwo.  Nie ufałem Niemcom. Za największego wroga wewnętrznego w pewnym momencie uznałem gejów. Może dlatego, że gdy w Teleexpresie pokazali tańcujące na ulicach Amsterdamu  drag qeeny przeżyłem głęboki szok. Może też dlatego, że właśnie w pierwszej gimnazjum musiałem pięścią udowodnić, że nie jestem  jednym z tych. Czytałem w tamtych czasach dużo książek i paru kolegom wydało się to gejoskie.  Na początku mnie za to czytanie bili . ale potem nauczyłem się bić i zdobyłem ich szacunek. Pięścią uniewinniłem się niejako z zarzutu gejozy.  Bohaterami mojej  ówczesnej wyobraźni byli polarnicy i alpiniści, czeczeńscy bojownicy oraz partyzanci antykomunistyczni. Wiosną 1999 byłem na prelekcji organizowanej przez Ligę Republikańską na temat Żołnierzy Wyklętych. Zakończyła się zwiedzaniem kazamat dawnego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego.  Na ścianach można było zobaczyć napisy wyryte przez więźniów w latch 1940-tych i 1950-tych. Zrobiło to potężne wrażenie. 

 

W 2002 trafiłem do Elektryka. Dziwnym dla mnie było, że nie trzeba się w tej szkole co chwile bić. Złagodniałem tam i z wojowniczego zrobiłem się całkiem miłym konserlibrem. Bohaterem mojej wyobraźni stał się raczej Jan Maria Rokita niż Dżohar Dudajew. Dziś około czterdziestki rozumiem o wiele więcej niż wtedy. Rozumiem , że i dla mnie i dla Polski trzeba było czegoś pomiędzy. Zapisałbym się w licealnych czasach do Strzelca czy inny boks tajski i znalazł sobie girlfriend. Choć fajnie było. Wiersze pisałem, piliśy z kolegami tanie wina, budowaliśmy tratwy. Piękny czasie młodości! Gdyby tak człowiek miał te 19 lat a nie 39, ale nie ma. Nie mniej jednak cała nadzieja w naszej młodzieży. Moje pokolenie przegrało swoją historię. Oni jeszcze mogą wygrać.

 

Dygresja I – teza i antyteza tym razem to nie synteza

 Tu małą dygresja Kiedyś, gdy byłem naiwny, wydawało mi się , że Jan Olszewski i Grzegorz Braun to ta sama drużyna. Nie prawda. Polska Olszewskiego miała być zupełnie inna niż Rzeczpospolita Magdalenkowa Nie-ludowa. Jednak nie jest też Braunową Kongresówką. Olszewski był nawet, rzec można, antytezą Grigorija Kazymerowicza. Mój ulubiony premier III RP był członkiem Szarych Szeregów i jako czternastolatek brał udział w formacjach pomocniczych w Powstaniu Warszawskim. Braun na wielu polach dogadałby się doskonale z ustaszami czy z członkami Żelaznej Gwardii. Pierwszy z PPS-owskiej rodziny i pragnący by transformacja ekonomiczna miała na uwadze zwykłych ludzi. Braun zaś to antyetatysta jak się sam nazywa. W gruncie rzeczy dużo bliższy Balcerowiczowi niż Olszewskiemu. Nigdy nie poznany wujek najlepszego premiera III RP zawisł na szubienicy z wyroku carskiego sądu. Grigorij Kazymerowicz jest caratu miłośnikiem. Olszewski był adwokatem , znanym w PRL-u z bronienia w procesach politycznych. Miłośnik Gaśnic to warchoł (oskarżeń o pobieranie jurgieltu nie mogę udowodnić) z czasów anarchii szlacheckiej. Braun to potwór jak z sennych marzeń Michnika z lat 1990-tych. Sny się spełniły. Jego Konfederacja Królestwa Kongresowego wynika wprost z tego co się zdarzyło w naszym parlamencie w pamiętnym czerwcu.

 

Wierząc w Niezmierzoną Potęgę Rzymu

W 1999 zostaliśmy członkami NATO.  Rosja upokorzona przez Sojusz w Kosowie wydawała się słaba.  Tak jak ostatni raz podczas szaleństw rewolucji i wojny domowej. Jednak właśnie w tym strasznym dla Rosji 1999 roku  pojawił się  tam Silny Człowiek. Większość publicystów i komentatorów nie śniło wtedy  o bombardowaniach Lwowa, o rzezi w Buczy. Niektórzy  zupełnie zwykli ludzie wiedzieli już wtedy … Pamiętam jak dziś październikowe popołudnie tego roku  i panią Kędrową , która mówiła chłopcy ja dwie wojny światowe przeżyłam, z tego Putina będzie drugi Stalin i wyleje  on rzekę krwi. Zaczynała się wtedy II czeczeńska i masakra w tym małym kraju była pewna, ale żeby drugi Stalin? Dziś wiadomo , że Stalinem drugim może nie jest , ale krwi faktycznie wylał  wielką rzekę od Aleppo po Lwów. Zasadniczo miała rację a nie  była uczonym analitykiem. Miała jednak coś co się nazywa intuicja i doświadczenie. Coś co jest kompletnie lekceważone w naszych czasach.

W maju 2004 zaś weszliśmy w skład Europy, znaczy Unii. Pamiętam dokładnie ten moment. Niemal  do minuty. To był nomen omen trzeci maja. Jakoś było tuż po północy.  Szedłem  z kolegami, mocno pijany z tzw. Balonów. W ustach miałem smak taniego wina wiśniowego.  Oraz ust i innych punktów na ciele pewnej D.  No dobra poznałem tamtej nocy ten najsmaczniejszy ze smaków. Ululany byłem i pełen endorfin. Prawie fruwałem. Nagle nocne  niebo rozdarły fajerwerki i pomyślałem  ooo jesteśmy w Unii!! Dobrze niech tak będzie. Zdeterminowanym krokiem  szliśmy na Zachód w przekonaniu, że tam jest postęp, bogactwo i Koniec Historii. Nawet ja, jeszcze w gimnazjum mocno eurosceptyczny ( ale i mocno  antyrosyjski ) nacjonalista, zacząłem spoglądać z nadzieją na Ojropę. . Zachód! Ład, porządek, godne zarobki, niska przestępczość,  minimalna korupcja. Za tym tęskniłem. Jak pewnie większość moich rówieśników W przeciwieństwie do zapewne większości moich rówieśników było mi nieco szkoda, że znikną z dróg furmanki i baby w chustkach pędzące stada krów w towarzystwie wiejskich psików. Perspektywa Szklanych Domów wydawała się jednak bardziej pociągająca. Wszystko to było półprawdą, a więc kłamstwem. Prawda może być skomplikowana i nawet taką zwykle jest. Nigdy nie może być półprawdą ani ćwierć prawdą. Myśmy się nimi karmili. 

 

Wydawało się , że Koniec Historii naprawdę jest bliski. Wojny  jugosłowiańskie wygasły, a USA okazało kolejny raz swoją  niezmierzoną potęgę. Po drodze między przedwiośniem 1999 a wiosną 2004 zdarzył się 11 wrzesień 2001. Byłem owszem w szoku , gdy w telewizorze zobaczyłem relacje z bombardowania NYC i Waszyngtonu. Lecz przecież niedługo później potężna Ameryka rozgromiła, jak się wydawało definitywnie, talibskich buntowników. W 2003   zmiażdżyła reżim w Iraku. Trwały owszem walki partyzanckie i w górach Afganu  i w Mezopotamii  lecz w moich oczach przypominały XIX wieczne wojny kolonialne. Zulusi, Apacze czy wojownicy Mahdiego mogli wygrywać bitwy lecz wojny musieli przegrać. Tak samo teraz. Potężnemu Zachodowi mogły zdarzyć się porażki – Srebrenica, Mogadiszu czy pierwsza bitwa o Al-Falludżę. Zawsze jednak finalnie dzikusy musiały przegrać.   Coś takiego jak upadek Mosulu w 2014 czy tym bardziej Kabulu w 2021 były dla mnie w tamtych latach niewyobrażalne.

 

W ogóle nie zauważyłem też , że tej samej jesieni kiedy Al – Kaida uderzyła w serce Nowego Rzymu Chiny Ludowe stały się członkiem Światowej Organizacji Handlu. Chiny? Wydawały mi się wtedy mocarstwem , ale gdzie im do USA? Mieli bomby atomowe , mieli liczne wojsko, ośrodki naukowe, wybitnych uczonych lecz generalnie (jak mi się wydawało)  sam Bóg  stworzył zwykłego Chińczyka do roboty w fabrykach dla Ludzi Zachodu.  Innym dramatycznym wydarzeniem tamtej epoki była rewolucja na Ukrainie. Całym sercem byłem za ukraińskim buntem. Nie rozumiałem oczywiście wielu niuansów , gdy organizowałem w szkole wiec poparcia dla manifestantów. Instynktownie czułem, że Oni chcą na Zachód. Daleko od Rosji. Rosji nienawidziłem i fascynowała mnie zarazem.  Instynktownie czułem, że odrywając się do Wschodu wiele stracimy. Miałem rację. Idźcie i zapytajcie jakiegoś nastolatka czy słyszał o Paradżanowie, Wysockim czy Okudżawie? Oni nawet Wilka i  Zająca nie znają. Wschód to dla nich dzicz nieznana. Są już zachodni. Problem w tym, że polska wielkość jest na wschodzie, a zatopienie się w zachodniości to pogodzenie się z rolą wiecznego Młodszego Brata. Jako , że czuję się dziedzicem  tych co dwa razy zatykali sztandar z Orłem i Pogonią na murach Kremla taka rola mi średnio pasuje. Wtedy rozumiałem to niejako instynktownie , dziś tak bardziej rozumowo.   

 

Dygresja II – gdyby Tygrysy…

Trzeba przyznać, że cokolwiek powiedzieć o naszej klasie politycznej byli wtedy skuteczni. Panował też konsensus co do tego, że na wschodzie trzeba realizować doktrynę Giedroycia i Mieroszewskiego. Teraz po latach wiem , że zasadniczo słuszna w wielu aspektach już wtedy zaczynała być archaiczną. Nie zrobiono wysiłku w kierunku żeby ją zmienić i skutkiem było to , że w latach 2022-2023 mieliśmy otwarte okno możliwości i skorzystaliśmy z niego o tyle, że nie mamy teraz w Polsce stanu wojennego i powszechnego szykowania się do wojny. A mogliśmy dużo więcej. Gdyby w Warszawie mieli doktrynę o podobnej intelektualnej mocy, gdyby na czele Polski w 2022 stały Tygrysy, gdybyśmy byli Dawnymi Polakami….

 

 

Rok z 5-ką

Przyszedł w końcu rok 2005. Utarło się jakoś (taki wyrok Losu?)  ,że lata zakończone na 5-ięć są przełomowymi w moim życiu. W lutym  bawiłem się na studniówce. W kwietniu czuwałem przy krośnieńskim Krzyżu Papieskim modląc się za odchodzącego do Domu Pana Naszego Polskiego Dalajlamę. Czułem nawet misję bycia dobrym członkiem Pokolenia JP II. Bardzo dużo wtedy mówiono o tym, że nastąpi religijne odrodzenie wśród mojego pokolenia. Dziś wiemy , że zamiast tego była cicha rewolucja seksualna i stopniowa laicyzacja. W owym świecie wartości konserwatywno – liberalnych liberalizm pożarł konserwatyzm.  W maju zdałem maturę i pożegnałem (wtedy wydawało mi się na zawsze) Elektryka. W czerwcu zdałem egzaminy wstępne  na politologię na UJ.

 

Sam nie wiedziałem czy w ogóle chcę studiować. Wszyscy jednak wtedy niemal  moi koledzy i koleżanki, albo szli studiować cokolwiek, albo wyjeżdżali na mityczny Zachód. W owym roku było najwięcej studiujących osób w naszych dziejach. Klasa polityczna nie wiedziała co robić z masami młodych ludzi, z demograficznym wyżem wchodzącym w dorosłość. Wypychano więc nas na emigrację i do tzw.  wielkich ośrodków. Studiować! Marchewką była wizja tzw.  lżejszego życia. Był też kij. Na chłopców było to WKU. O ile w latach 1990-tych pobór i żołnierska fala były czymś co działo się niejako siłą inercji to w latach 2000-ych było inaczej. Samo państwo puszczało oko do młodych chłopaków. Wojny miało już nie być. Takiej obronnej. Do  wojen kolonialnych u boku naszych sojuszników z NATO wystarczała Mała Profesjonalna Ekspedycyjna Armia. Dla dziewcząt był inny kij – wszyscy im mawiali, że teraz nawet sprzątaczka musi mieć magistra.  W ogóle mgr. przed nazwiskiem był jakiś fetyszem. Kluczem do szczęścia, dobrych zarobków i honorem zarazem. Nie ważne było przy tym czy ten magister to by z fizyki na AGH  czy z hotelarstwa na Wyższej Szkole Żeglugi Pełnomorskiej w Polańczyku.

 

 

Dygresja III – o Polsce dla Polaków 

Jednocześnie oczekiwano od dziewcząt w tamtych czasach, że w ciążę będą zachodzić odpowiedzialnie. A to jest koło trzydziestki i najlepiej żeby ojciec dziecka był byzmesmenem, chirurgiem albo prawnikiem a  nie jakimś chamem. Ci co chcieli zakładać rodziny normalnym biologicznie trybem (czyli jako dwudziestoparolatkowi) wyjeżdżali do Wielkiej poniekąd Brytanii, Skandynawii, Niemiec, Francji, Hiszpanii, USA. Był szczyt demograficznego wyżu. Mało komu śniła się demograficzna katastrofa. A powinna, jeśli nie zwykłym ludziom, to Klasie Odpowiedzialnej za Państwo. Staną przed Sądami. Dwoma Boga i Historii. I o ile Bóg jest podobno miłosierny to Historia już nie. 

Patrząc na tamte początki nie niżu a katastrofy tym śmieszniejsze są dla mnie połączenia alt-rightowe hybrydy wolorynkostwa z polskim nacjonalizmem. Tak drodzy konfiarze była szansa na to , że Polska  będzie krajem takim jakim je w 1945 uczynił Stalin. Krajem prawie czystym etnicznie i z całkowitą niema dominacją katolicyzmu w obrządku rzymskim. Taki kraj ma swoje plusy. Tylko trzeba było się tym zająć tym około właśnie 2005. Obowiązywały wtedy jednak dogmaty neoliberalizmu – jak bogacze sie wzbogacą to będzie to skapywać i zwykli rodzice będą mieli na żłobek, nianię, przedszkole itd.  I ch… z tego wyszło.  Wielu jednak  nadal w to wierzy. Ta mitologia łączy wyznawców nauk Balcerowicza i Korwina. 

 

 

 

Piękny Miejski Chłopiec

Potem przyszła jesień i rozgrom koalicji SLD-PSL. Także prezydent Kwaśniewski (którym wtedy pogardzałem ,a dziś mam o wiele bardziej złożony stosunek do jego postaci) musiał odejść na polityczną emeryturę po dwóch kadencjach. Zdawać się mogło, że Leszek Miller zniknie zniknie gdzieś w politycznym niebycie. Dziś gra na internetach rolę Mietka Moczara ery socjalmediów. Budząc aplauz u dużej części polskich prawicowców swoimi antyukraińskimi tyradami. Gdybym się o tym dowiedział w 2005, że tak będzie dwie dekady później bardzo bym się zdziwił.  To zaś , że Włodek Czarzasty będzie w 2025 marszałkiem Sejmu było w 2005 czymś niewyobrażalnym. My młodzi byliśmy w prawo bo lewica kojarzyła się z kopertami wypchanymi dolarami, brakiem perspektyw, marazmem. Teraz, po latach rozumiem, że ów ostatni rząd SLD był o wiele bliższy Margaret Thatcher niż Olafa Palmego. Wtedy tego nie wiedziałem, ale przecież powszechne było dzielenie lewicy i prawicy podług chodzenia do kościoła oraz tego czy dany polityk był w PZPR czy Solidarności. Jezu jakie to było głupie… Tak myślę dziś, ale wtedy tak myśleli parlamentarzyści, profesorowie, artyści a ja byłem tylko maturzystą. 

 

 Wydawało się  w tym roku 2005 mi jak i wielu moim rówieśnikom, że teraz nastanie IV RP. Może powstanie koalicja PO-PiSu, a jeśli nie to PO będą grali rolę Demokratów, a PiS Republikanów. Wierzyłem w dojrzałą demokrację, w konserwatywny-liberalizm (bardziej liberalny zresztą niż konserwatywny – tej jesieni straciłem też definitywnie cnotę) , Prawdziwy Polski Koniec Historii. Wierzyłem zaprawdę ja i wielu innych mi podobnych  , że ludzie tacy jak Jan Maria Rokita , Radek Sikorski czy bracia Kaczyńscy oraz my młodzi zrobimy Nową Polskę. Wyznawałem , iż Krzywa Laffera  jest prawdą tak prawdziwa jak Niepokalane Poczęcie Matki Boskiej.  Wierzyłem w tą Nową Polskę jak w Nową Polskę wierzył ZMP-owiec około 1950 roku. Były nas setki tysięcy nastolatków z taką wiara wchodzących w dorosłość. Bardzo szybko coś poszło nie tak. 

Szybko wybuchła nowa wojna na górze. Gdy  zaś Jarek wyrzucił lubianego Kazia z funkcji premiera w ogóle przestałem się interesować polityką krajową. Byłem zbyt przystojny i zbyt kochliwy. Za bardzo skupiony na  szukaniu siebie , na swoich weltszemrzach i dramach miłosnych  by się przejmować jakąś Polską. Jesienią 2007 przyłączyłem się  do Obozu Fajnopolski mając dość PiSu, LPR-u i Samoobrony. Wydawało mi się, że wszystko to co poprzedni rząd robił dobrze chadecko-liberalna, nowoczesna PO zrobi lepiej. Nie będzie zaś ciągłych awantur politycznych. Atmosfery nieustannego rozliczania układów i polowania na łapowników. Tak minęło kilka lat przerywanych , krótkimi momentami otrzeźwienia. Pierwszy był w sierpniu 2008 roku , gdy doszło do inwazji rosyjskiej na Gruzję. Nawet poczułem się wtedy dumny z prezydenta Kaczyńskiego. Naszyłem sobie też na kurtkę gruziński proporczyk. To było jednak efemeryczne przebudzenie. Choć owa gruzińska naszywka przydawała się do bajerowania panienek.  Drugi moment otrzeźwienia  to mglisty  poranek 10 kwietnia 2010 roku. Szok był potężny. Żałoba zrobiła na mnie autentycznie duże wrażenie. Pogrzeb Lecha Kaczyńskiego  obserwowałem z bardzo bliska. Mieszkałem bowiem w Krakowie na ulicy Basztowej.  Szybko jednak zapomniałem o kwietniowych chwilach patriotycznego uniesienia. Latem tego  samego roku podczas podróży autostopem do Grecji ja i moja ówczesna dziewczyna byliśmy regularnie pytani przez wiozących nas kierowców.  Ukraińców, Rumunów, Bułgarów i Greków czy myślimy , że w Smoleńsku był zamach. Oni prości ludzie, rolnicy, pasterze, kierowcy, drobni przedsiębiorcy  uważali, że śmierć polskiego prezydenta to robota Rosjan. My byliśmy Młodymi Wykształconymi z Wielkich Ośrodków więc, niejako siłą rzeczy, stanowczo oponowaliśmy. Po prawdzie panicznie bałem się wojny. Byłem pięknym chłopcem wtedy i bardzo dobrym kochankiem , ale serce przesiąkła Rakakunga, a to jest Duch Wielkiej Pizdy. Na przełomie 2010/2011 po raz pierwszy odwiedziłem Kijów. Jeszcze nie wiedziałem jak Los mocno zwiąże mnie z tym miastem na Dobre i na Złe, na Sławę i Niesławę, na Światło i na Ciemność. Wtedy byłe przekonany , że Kraków jest tym miastem, który mnie ukształtuje ostatecznie. Myliłem się. W moim krakoskim okresie życia było zbyt dużo przerostu formy nad treścią. 

 

Tradycji świeczkę, Przyjemności ogarek

Jak nadmieniłem już wyżej w tamtych latach nastąpiła cicha rewolucja kulturalna. Oczywiście tu w Galicji młodzież studencka, gdy przyjeżdżała do domu z Wielkiego Ośrodka  Akademickiego nadal pokornie szła w niedzielę do kościółka. Nikogo już jednak na wsi czy w małym miasteczku nie szokowało, gdy Stefcio zamieszkał ze swoją girfriend Eweliną w jednym pokoju w akademiku. Kilkanaście lat wcześniej było to nie do pomyślenia. Student uczył się ze studentką rozkoszy, ale jakoś tak niej ostentacyjnie. O ile w czasach gimnazjalnych ja uważałem , że homoseksualistów należy reedukować w obozach, a wielu moich kolegów uważało , że należy ich kamenować to około 2009 nikogo wśród studenckiej braci nie ruszało, że Kaziu woli chłopców. Około 2009 mieliśmy też prawdziwą rewolucję używkową. Legalne tzw. dopalacze i debiut mefedronu (przez pewien czas można było go kupić bardziej legalnie niż śliwkową wódkę z Łącka) zupełnie przeorał młodszą cześć społeczeństwa jeśli chodzi o stosunek do używek innych niż tradycyjne. Minęło zaledwie kilka lat od śmierci Naszego Dalajlamy , a już ten katolicyzm nas, których nazywano pokoleniem JP II mocno wyerodował. Jeśli jeszcze w 2004 w mojej klasie toczyliśmy ożywioną dyskusję co niesie większe ryzyko opętania przez demony czy słuchanie heavy metalu czy techno to kilka lat później zapewne większość z nas już w żadnego diabła nie wierzyła. 

 

 

Dygresja IV – Minister

Wiele, wiele lat później wydarzyła się taka oto scenka. Pracowałem na nocnej zmianie w malarni proszkowej. Jako, że był czerwiec, fala upałów to zmordowany byłem okrutnie. Do tego malowaliśmy na czarno więc wyglądałem jak górnik po szychcie. Nawet się nie myłem tylko taki cały up…. na czarno wróciłem do domu. Miałem jeszcze na głowie drelich roboczy, buty-noski  i czapkę z daszkiem a na niej latarkę czołówkę. Usiadłem pod swoją chatką na ławeczce. Przyszły koty i dałem zjeść do misek a sam otwarłem sobie zimne piwo. Zza wegła wyszła babci z motyką i zagaiła

-Ale wyglądasz jak Gustlik, a miałeś być ministrem.

-Ano babciu miałem, Ministrem Przemysłu i Górnictwa

Sam nie wiem co bym zorbił, gdybym cię cofnął w czasie. Może faktycznie poszedłbym w politykę? Czy też stwierdziłbym, że to bez sensu bo system polityczny w III RP działa tak, że psuje ludzi? Może system jest tak zły, że nawet jakbym pracował trzy razy tyle i zdolny bym był dwa razy tyle co pracowałem i zdolny byłem to i tak bym nie zmienił nic. Sam nie wiem. Ministrem już nie będę, dziennikarzem też  już pewnie nie. Choć nadal wysyłam swojej dawnej Naczelnej ogórki i pomidory jako wyraz sympatii. 

 

 

 

 

Rewolucja styczniowa

Rok 2011 był chyba najbardziej neomłodopolskim tudzież posthipisowskim w całej mojej młodości. Na przedzimiu miałem dość Krakowa, dram miłosnych, imprez. Chciałem wracać nad Wisłok. Chciałem żyć a nie symulować życie.

W połowie stycznia następnego roku mróz ściął ziemię, zaczęło rzucać śniegiem i spóźniona zima nadciągnęła nad Mitteleuropę . Wraz z morzem wybuchły masowe protesty tzw. antyACTA. Tak naprawdę wybuchła frustracja mojego pokolenia. Liczono zapewne , że przesiąkniemy wielkomiejskim, lewoliberalnym duchem. Mohery i Smoleńscy wymrą. Platforma będzie (z przystawkami) rządzić już zawsze.  Obiecywano nam złote góry. Obiecywano bycie dyrektorami i prezeskami, a okazało się, że realnym końcem ścieżki kariery było stanowisko senior stukacza w klawiaturę.  Na Zachodzie też okazało się, że jest nieco inaczej niż w Raju. Obok rozczarowania Zachodem i zawężonych ścieżek awansu było jeszcze wysokie bezrobocie. Co prawda III RP była statystycznie ową Zieloną Wyspą na Morzu Czerwonym kryzysu z 2008. Nie zmieniło to faktu, że bezrobocie na prowincji było bardzo wysokie, a wszędzie niemal  można było się spotkać z wyzyskiem. Zarobki były kiepskie.Umowy o pracę? Pierwszą w życiu podpisałem , gdy miałem lat trzydzieści i trzy.  Świetnie się miały za to platformerskie i peeselowskie żyrne koty. Co prawda mniej było korupcji w tym najbardziej ordynarnym stylu, ale afera goniła aferę. Wybuchł bunt i pamiętam dokładnie ten moment jak sobie stanąłem na wzgórku, pod murami Wawelu. Z tego miejsca  patrzyłem na wielotysięczne tłumy ludzi w moim wieku płynące ulicą w dole. Odrzucającymi Fajnopolskę Tuska. Choć równocześnie  nie mających pojęcia jakiej Polski chcą tak naprawdę.

 

 

Drużyna Białego Orła i Szarego Wilka

Od tego czasu wróciłem do zainteresowania polityką. Interesowałem się czym tak naprawdę zajmuje się WSI. Jak realnie wygląda prywatyzacja ostatnich państwowych spółek do opylenia. Aferami z FOZZ-em XXI wieku czyli legendarną Amber Gold.  Tajemniczymi samobójstwami polityków i oficerów. Szczególnie drażniły mnie grube niejasności w sprawie katastrofy Smoleńskiej. Około 2012  zrozumiałem , że Tusk to mistrz makiawelizmu , a Palikot to prawdziwy bies ze szkoły Urbana. Byłem przerażony dogadywaniem się USA i Niemiec z Rosją. Obrzydzało mnie nazywanie uległego przyklejenia się do polityki resetu naszego MSZ polityką piastowską. Dziś patrzę na to wszystko trochę inaczej. Nie wiem co się zdarzyło 10. IV. 2010 w Smoleńsku. Wiem, że prawdę poznamy nieprędko o ile w ogóle. Sikorskiego, którym wtedy gardziłem teraz uznaję cóż… chciał być hrabią to został w oczach margrabią. Takim Wielopolskim XXI wieku. Człowiekiem, którego polityka miała pewne racjonalne założenia, ale finalnie doprowadziła do katastrofy. To Lech Kaczyński miał rację nie sołtys wsi Chobielin Dwór. 

 

Dygresja V – Stacja Przesiadkowa

A mi się przypomniała jak tak piszę, kolejna scena. Maj 2015, wielki centrum przesiadkowe w Słubicach. Setki wyrobników jadących do Ojropy, dziesiątki autokarów. Dużo alkoholu bo co tu robić… I nagle jeden pan, lat już dość zaawansowany w latach budowlaniec zaintonował

Góralu czy Ci nie żal

I kolejne głosy przyłączały się do chóru

Góralu, czy ci nie żal
Odchodzić od stron ojczystych,
Świerkowych lasów i hal
I tych potoków srebrzystych?
Góralu, czy ci nie żal,
Góralu, wracaj do hal!
A góral na góry spoziera
I łzy rękawem ociera,
Bo góry porzucić trzeba,
Dla chleba, panie, dla chleba.
Góralu, czy ci nie żal…
Jak mi ktoś mówi jaki to odnieśliśmy sukces to przypomina mi się ta scena i myślę o to , że jakiś Oksarek nigdy nie musiał tego doświadczać bo cóż… pierwszy milion trzeba ukraść  stwierdził jego dziadek. 

 

Odsłonięcie

Kolejny przełom w mojej percepcji rzeczywistości politycznej i społeczno-ekonomicznej  to rok 2014. Być może największym w dotychczasowy życiu.  Wszystko przyśpieszyło skokowo i historia i moje życie. Lekceważona przeze mnie rewolucja na Ukrainie wybuchła w styczniu tego roku wielkim płomieniem.  Nie była to już  kolejna kolorowa rewolucja lecz prawdziwe powstanie. Z pogrzebami męczenników. Z ulicami zasłanymi dymem i  krwią na bruku. Zbiorowymi bijatykami rewolucjonistów z siłami policyjnymi i strzelaniem na ostro. teraz, z perspektywy ponad dekady wydarzenia owe interpretuję jako tak heroiczne na poziomie zrywu ludowego i bardzo niejednoznaczne jeśli chodzi o tło polityczne. Jak to często bywa z rewolucjami. Po wydarzeniach na Hruszewskiego popadłem w entuzjazm. Niestety nie mogłem po prostu wsiąść w pociąg i pojechać do Kijowa. Moja przyszła (ale nie doszła) teściowa , gdyby się dowiedziała, że zamiast szukać roboty pojechałem rzucać kostką brukową w Berkut i milicję to … I tak miałem z nią na pieńku z powodu tego, iż jestem bezrobotny. Tak więc wojowałem na socjalmediach. Ponieważ byłem na tej Ukrainie parę razy, znałem tamtejszą mowę  i nawet licencjat miałem z Ukrainą związany uważałem się za wielkiego eksperta. Nie byłe nim, ani dziś nim nie jestem. Lecz wtedy czułem, że jestem.

Po masakrze na Instytuckiej i brutalnych konfrontacjach na ulicach Kijowa i innych miast  przyszły kolejne szoki. Inwazja na Krym, rebelia w Donbasie, cicha rosyjska inwazja. Śledziłem wydarzenia, w moi słowniczku pojawiły się nazwy miejsc o których pewnie nigdy bym nie usłyszał. Iłowajsk, Sawur Mohyła, Debalcewo, Doniecki Areoport. Byłem żarliwym kibicem ukraińskich batalionów ochotniczych. Co prawda w wielu żowto-sinijim  praporom towarzyszyły chorągwie czerwono-czarne , ale przecież oni bili Moskali i bandy separów. Oni walczyli w słusznej wojnie. Oni w końcu poszli w bój prawie bez broni, prawie bez szkolenia, z prawdziwie powstańczym zapałem. Takie ukraińskie powstańcze wojsko to rozumiałem.

W ty rewolucyjnym dla mnie roku zaczęła  się też  rozpadać moja wizja Zjednoczonego Frontu Antyokragłostołowego. Grzegorza  Brauna do tej pory odbierałem  jako sympatycznego i ideowego faceta. Jego  wizji może i nie podzielałem, ale był to  dla mnie Nasz Człowiek.  Przeraził mnie jednak swoim wykładem na temat powstania listopadowego. Puściłem sobie go kiedyś via Internety i doznałem prawdziwego szoku. Pojąłem , że  facet to autentycznie miłośnik Mikołaja I tego archetypowego ruskiego brutala. Niby to jest przeciw putinizmowi, ale chwali carat. Dla mnie zaś putinizm wynikał z sowietyzmu a sowietyzm jest tylko kolejnym awatarem Chanatu Moskiewskiego.  Z Korwinem pożegnałem się , gdy dostałem po pysku od  idealizowanego dotychczas przeze mnie wolnego rynku.  Przed 2014 byłem wolnorynkowcem bo i nie znałem owego zwierza, ani siły z jaką bije jego niewidzialna łapa. Latami żyłem w bańce bezwarunkowego dochodu podstawowego , który wtedy nazywał się studia dzienne na koszt rodziców i podatnika z możliwością dorabiania sobie. Później pracowałem w specyficznej instytucji jaka się nazywa dom kultury. Styczeń roku 2014 przyniósł odsłonięcie  prawdy o życiu.  W owym roku poznałem co to bezrobocie i wykluczenie na tle ekonomicznym. Zaznałem  upokorzenia związane z byciem przegranym transformacji i zbyt mało zaradnym. Wyzysk klasy robotniczej, jej upodlenie w postaci donosicielstwa i lizusostwa co poniektórych jej członków. Spotkałem się z  brutalnością, prymitywizmem i głupotą  co poniektórych przedsiębiorców.  W końcu zaznałem  emigracji. Na to wszystko nałożyło się rozstanie z tą moją niedoszłą żoną, które miało tło społeczno-ekonomiczne. Do 2014 klasa biznesmeńska była nową szlachtą, solą ziemi prześladowaną przez Tuska i lewacki ZUS i komunistyczną skarbówkę. Tak mniej więcej to widziałem. Różnie było z moim konserwatyzmem , ale liberalizm ekonomiczny był dogmatem. Po 2014 zaczął się mój dryf w lewo.

Testosteron

Dokładnie pamiętam tamto cudowne, wrześniowe popołudnie nad Wisłą. Pierwszy raz rozstawałem się z panną nie w wyniku zdrad, miłosnych dram, wzajemnego znudzenia. Ten związek rozbiły głownie ówczesne uwarunkowania socjalno-ekonomiczne. Na początku czułem ulgę. Zdjęty został ze mnie wszak ciężar odpowiedzialności. Niedługo później zacząłem czuć prawdziwy gniew. Testosteronu miałem chyba jedną z największych nadwyżek w życiu. Miałem 28 lat, krzepę tentera i złość. Jakbym wtedy spotkał na swojej drodze Tuska, Palikota, albo tych aferzystów, którzy robili wały w Krośnieńskich Hutach Szkła doprowadzając zakład na skraj likwidacji  to by pewnie wypluli zęby na bruk. W grudniu pojechałem na wielki wiec PiS-u do samej Warszawy. Poczułem radość bycia częścią ogromnego mitingu. W drodze do domu piliśmy wódkę i rozmawialiśmy o babach (towarzystwo  było zdecydowanie  męskie), Smoleńsku i geopolityce. Zabrakło jednego elementu na , który szczerze czekałem. Wielkiej zadymy. Chciałem jej ze szczerego serca. Nawet jakby miała się kończyć wybiciem zębów i złamaniem nosa. Naprawdę nienawidziłem całego tego syfu , że zacytuję klasyka.

 

 

 

Gwiezdny Czas

Zimę 2014/2015 i wiosnę 2015 spędziłem cóż… w tej samej szkole, w której zdawałem maturę. Zacząłem bowiem ogarniać życie i w wyniku tego trafiłem tam na praktyki. Ponieważ zaś miałem zasób gotówki w twardej walucie przedłużyłem je do maja. Tamtej zimy z moim nauczycielem historii z czasów ,gdy byłem uczniem przegadałem sporo. Już na nieco innej stopie. Facet przy wszystkich swoich wadach (a trochę ich ma) ma tą zaletę , że łeb ma solidny. Niejako odczarowane zostały takie słowa jak lewica, spółdzielnia, strajk, związek zawodowy, chadecja, socjalizm. O nie socjalistą jeszcze nie zostałem , ale Leon XIII stał mi się dużo bliższą ideowo postacią niż Ayn Rand czy von Mises. 

Późną wiosną ruszyłem na kolejny rejs do Wielkiej Brytanii. Po powrocie dosłownie kapałem się w funtach. Zacząłem robić SUM w Rzeszowie. Krzepy miałem jak nigdy wcześniej. Już nie miałem takiej frustracji jak rok wcześniej. Najpierw wiosną Andrzej Duda wygrał z Bronkiem Komorowskim. Gdy zobaczyłem Andrzeja Wajdę zalewającego się łzami na wieść o tryumfie Dudy poczułem dzikie schadenfreude. Było mi trochę głupio bo Wajda raz , że stary człowiek dwa jeden z moich ulubionych reżyserów. Lecz przecież to nie tylko personalnie Wajda płakał.To płakał świat Onych, a nasz świat plebsu III RP tryumfował. Później jesienią PiS z przystawkami rozgromił Fajnopolskę. Z jednej strony czułem się częścią tego zwycięstwa, z drugiej obawiałem się czy uda się dokończyć rewolucję 1980 roku. Dziś wiem, że było to niemożliwe. Jarosław Kaczyński to bowiem człowiek inny niż jego brat, inny niż Jan Olszewski. Dużo bliżej u do Gomułki. Tak jak Gomułka jest ideowym ascetą kochającym Polskę i Polaków , ale traktującym ich jak dzieci , które wymagają nadzoru. Podobnie jak Gomułka Jarek wierzy w Partię jako Kierowniczą Siłę Narodu a nie sam Naród. To dlatego PiS choć mógł być Partią Chrześcijansko-Ludową rządzącą kilka dekad oddał władzę po dwóch kadencjach mimo szeregu niewątpliwych sukcesów. Dlatego też PiS skończy jako mniejszościowa siła w rządzie w którym Konfederacja i Konfederacja Królestwa Kongresowego będą miały większość.

Dziś jestem raczej pogodnym pesymistą. Wtedy, jesienią roku 2015 miałem jednak w sobie obok obaw przede wszystkim Optymizm i Nadzieję. Przez duże O i N. Miałem też Plan. Też przez duże P. Zostać magistrem, zostać nauczycielem historii. Ożenić się z jakąś studentką. Najlepiej o włosach miedzianych lub złotych i kręconych. Spłodzić dom, zasadzić dzieci. Zapisać się do jakiegoś Strzelca czy innej Gwardii Narodowej (WOT-u jeszcze nie było), oraz palenie ograniczyć, formę trzymać, czasem jaką wódeczkę wypić. Widziałem w końcu siebie za dziesięć lat i była to bardzo pogodna wizja.  Do tego wszystkiego okazało się w owym roku 2015 , że moje wykształcenie może się i do czegoś nada innego niż wpis , że jakiś licencjat mam odfajkowany.  Chyba sama Nemezis szepnęła mi , któregoś zimowego dnia bym przejechał się do stolicy Ukrainy. Było dokładnie rok po walkach w centrum Kijowa. Do Donbasu ruszały transporty wojska – trwały tam ciężkie walki. Chciałem widczuty drajwa. Tak jak ci wszyscy turyści co jada  dziś na Ukrainę  by przeżyć noc w schronie i tym podobne atrakcje. Jeszcze nie wiedziałem, jak wiele zmieni ten wyjazd. Cóż… Los. Rok 2015 zakończyłem w Kosowie na Pokuciu, zakochany i twórczy. Pięknie tam było wśród ośnieżonych wzgórz Beskidu Huculskiego. Żarliwie wierzyłem w Międzymorze i w to, że mogę coś zrobić realnego w urzeczywistnienie tej Idei.  Było pięknie. 

 

Po 10 latach

 Dziś mam w sobie pogodną melancholię. Międzymorze mi nie wyszło, rewolucja też. Swoją wojne więcej przegrałem niż wygrałem.  Za rok czterdziestka a więc początek gorszej połowy życia. Już każde uderzenie zegara znaczy tyle co do mogiły coraz bliżej, memento mori! Lecz przynajmniej było ciekawie! Marzyłem jako chłopiec by mieszkać na wyspie i ciężko pracować z liniami i płótnem żaglowym. I się spełniło. Marzyłem by zobaczyć miasto pełne bojowników po którego ulicach jeżdżą czołgi jak samochody i zobaczyłem. Marzyłem by mieć prywatne tygrysy i mam. Tylko takie miniaturowe. 

Rewolucja nie wyszła, ale wtedy to,  z owego rewolucyjnego  fermentu  powstała powyższa stronka – https://chutornik.pl/   

Nie jest to koniec zabawy w pisanie, ale przerwa będzie raczej dłuższa. Do przeczytania!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *