Zaświeć niesiądzu
Stłuczona flaszka
Jacek zrobił sobie na te ostatnie dni lata wolnie. Praca kierownika Wielkich Budów łatwą nie była. Piniondz był dobry, ale i natłok obowiązków niemały. Plan A na te dni był takowy, iż odnowi kontakt z pewną swoją friendką – tinderówką. Nie wyszło, gdyż znalazła innego zaspokajacza na koniec lata. Cóż, skoro ominął go długi weekend wypełniony segzem to trzeba było sobie jakoś inaczej poradzić. Plan B był też sympatyczny. Miał zamiar ustawić się z kolegami na wyjazd za miasto. Domek, ognisko, alkoholizacja, marihuanina. Może poznają jakieś lokalne samice, a może będzie miła libacja w wyłącznie męskim gronie. Potem będzie kacowanie, piwko, gadanie a może i kajaki. Wychowywał się nad Narwią. Uwielbiał wszystko co z wodą związane. Kajaki, używki, koledzy, może jakieś panny – plan był wydawał się wcale nie gorszy niż mokra i długa randka z firendką.
Wszystko też i szło zgodnie z planem. Było popołudnie dnia 28 ostatniego miesiąca pełnego lata. Żar lał się z nieba, jak to bywa w ostatnie dni sierpnia. Nawet w cieniu drzew było gorąco. Wyszedł z bloku i skierował swe kroki do osiedlowego sklepu. Nie stroił się specjalnie, bo i któż stroi się do Żabki? Klapki, dres, koszulka. Nawet jednak nie wystrojony wyglądał nieźle. Od jakiegoś czas zaczął dbać o siebie. Trzy lata temu, po rozstaniu z Wyuzdaną Karoliną, zapuścił się straszliwie. Piwo, kebaby i przekroczona trzydziestka robiły swoje. Pewnego dnia jednak stwierdził, że już dość. Zapisał się na siłownię i na basen zapisał. Rower sobie kupił. Nie miał urody amanta filmowego, ale przecież nad sylwetą można popracować – prawda? Popracował, a spojrzenie miał iście bohunowe. Wielkie, zielone oczy kocura robiły wrażenie na wszystkich kobietach.
W sklepiku zakupił wszystko co mu było trzeba. Tak więc prowiant na ognisko i na kaca także. Do tego dwa sześciopaki piwa i dwie zero – siódemki. Gdy już wyszedł ze sklepu minął Blondynę. Tak ja nazywał. Znał ją od ponad roku. Z widzenia. Musiała mieszkac , gdzieś na tym samym osiedlu. Kształtna była, no może trochę nadto. Lecz miła, ładnie się uśmiechała. W sumie wyszacował ja na takie mocne 6,5/7 na 10. Nie wyglądała jak modelka Victoria Sicret, ale bardzo miło się uśmiechała. Gdy to robiła odsłaniała białe ząbki. Między jedynkami miała malutką przerwę a to go zawsze kręciło. Lubił też jej głos. Słodki, ciepły, bardzo kobiecy. I te oczy! Wielkie Błękity! Okolone okularami w grubych czarnych oprawach. Okularnice też uwielbiał. Znali się od ponad dwóch lat , ale byli tylko na cześć – cześć, uśmiech – uśmiech. No czasem zamienili parę słów na basenie i na siłowni. Oraz w bibliotece. Tak był inżynierem , który czasem zachodził do lokalnej biblioteki. Nie, żadne tam wielkie czytelnictwo. Jak mu się nudził Netflix, to pożyczał czasem jakąś książkę dla facetów. Kryminały, reportaże, szpiegowskie. Ona zaś była bibliotekarką.
-Cześć!
-Cześć!
Pięknie zamigotały te jej białe ząbki. Odwróciła się i ruszyła w stronę sklepu. Popatrzył na jej pośladki, ładnie zakołysały. Zdawały mu się nieco zbyt duże, ale z drugiej strony te Wielkie Błękity! Te ząbki! I wtedy doznał olśnienia
-Musztarda i keczup!!!!
Zawrócił. Nie wiadomo czy to przypadek czy Los , ale tak wyszło, że wpadli na siebie ponownie chodząc między półkami. Tak z zaskoczenia. Dosłownie wpadli i zderzyli się. Jej wypadła z ręki butelka oliwy z oliwek i rozlała się szeroko po podłodze. On stracił równowagę. Całkowicie niespodziewane. Wszak od jakiegoś czasu był sportsmenem. Tym razem jednak stracił. Traf chciał. Pośliznął się i padł jak długi z tym swoim koszykiem. Tak nieszczęśliwie, że obie flaszki rozbiły się w mak. Cenna woda życia rozlała zaś szeroko mieszając z oliwą. Co za pech! Pech? Możliwe, że wcale to pech nie był. Tylko Przeznaczenie właśnie. Ona zaczęła przepraszać , on choć wkurwiony sytuacją nieco starał się być dżentelmenem i wziął winę na siebie. Po prawdzie po prostu na siebie wpadli. Teraz, jako ludzie kulturalni, zaczęli zbierać rozbite szkło z podłogi.
-A jak właściwie masz na imię?
-Jestemmm Basia
-Basia… Jacek. Miło mi…
-A masz jakiśśś telefon?
-Mam
Dalej już poszło. Smski, komunikatory, uśmiechy. Na początku września umówili się na kawę nad Wielką Rzeką płynącą przez Wielki Ośrodek. Rozmawiali dość długo. Jemu wydawało się to dziwne. Od bardzo dawna nie rozmawiał tak z żadną kobietą w tym mieście. Z frindkami owszem rozmawiał , ale rozmowa była tylko tak pro forma. I on i firendki wiedzieli dobrze po co się umawiają. Umawiali się na segz. Konkretnie, bez zbędnych sentymentów. Po Wyzudanej Karolinie nie chciał już więcej kochać. Nigdy i żadnej. Teraz nie było żadnych ustaleń co do seksu. Właściwie w ogóle o nim nei rozmawiali. Owszem o życiu, związkach, trochę też i o muzyce. Okazało się , że lubili te same zespoły. Depurpluów i Lecepelinów i Bleksabatów i Rolingstonsów i w ten deseń. Okazało się też , że tak jak on kajaki, tak ona dziewczyna spod Turbacza kocha góry i narty. Zaciekawili się sobą i odkrył w tym wzajemny zaciekawieniu coś naprawdę dziwnego. Czego nie czuł od dawna. To ulotne Coś. Pewnie , że chciał ją bzyknąć. Lecz odwlekanie tej przyjemności sprawiało mu zaskakująco dużo satysfakcji. Segz wisiał w powietrzu, ale to było romantyczne, a nie techniczne.
Później przyszły kolejne randki. Były pocałunki, były macanki w kinie i nad Wielką Rzeką, ale do spółkowania nadal nie doszło. Na trzeciej zaczęli rozmawiać o światopoglądzie. Niby ona była raczej lewo-skrętna , ale nie była lemparcicą. Niby on był raczej prawo-skrętny, ale też nie było ordynusem ani szowinistą co chce bić Szoszonów, Mudżynów i innych gejów. W sumie wydało mu się , że jest lekką lewaczką, ale taką nie przesadną. Bliżej centrum niż ekstremy. Na bodajże siódmej randce znaleźli w nadrzecznych krzakach rannego jeżyka. Biedactwo zginęło by marnie , ale spotkało właśnie Ich. Nieśmiała bibliotekareczka dostała przypływu energii. Finalnie zwierz wylądował w weterynarii. Przeżył i wiedząc komu to zawdzięcza patrzył na nich swoimi ślepiami z wdzięcznością. Oni patrzyli to na niego, to na weterynarza, to na siebie. Wszyscy wtedy zrozumieli i jeż i weterynarz i Basia i Jacek , że Basia i Jacek są już parą. Ta siódma randka skończyła się w łóżku.
Jesiennych liści płomienie
Obudziła się przed nim. Czuła się dziwnie. Nie robiła tentego odkąd dwa lata temu Piękny Oskar( o niepięknej duszy) porzucił ją w bezczelny i cokolwiek chamski sposób. Owszem podkochiwała się przez jakiś czas w atrakcyjnym doktorku, który regularnie zachodził do biblioteki. Lecz nigdy nie wyszło nic z tego poza niezobowiązujący flirtem. Więcej niczego damsko-męskiego jej się nie zdarzyło. Instynkty czułe zaspokajała za pomocą kwiatków doniczkowych i kota Mariana. Wielkiego, burego i zielonookiego przybłędę. Właśnie miałkał przy łóżku domagając się saszetek. Wstała więc popatrzyła czule to na Jacka to na Mariana i poszła do kuchni. Przygotować dla obu gentelmanów śniadanie. Ciało jeszcze pulsowało dawno nie znaną energią. Co prawda przez te dwa lata miała również instynkty erotyczne i czasem zmuszona była je rozładować. Lecz żywy facet, do tego zakochany , dał zupełnie inne jakościowo doznania niż masażer . Dostała w prezencie od swojej przyjaciółki Olgi. Masażer to trochę jak siekiera, albo robot kuchenny. Nie potrafi powiedzieć w trakcie masażu wewnętrznego – kocham Cię. A nawet , gdyby miał wgraną taką gadająca funkcję to przecież to co by mówił byłoby tylko nagraniem. Nie zaś żywym słowem. Tu zaś był żywy chłop, żywe słowo i nie miała wątpliwości miłość.
Następne tygodnie płynęły im jak w bajce. Miodowe miesiące. Chodzili razem na spacery, jeździli na wycieczki. Kochali się przed pracą i po pracy. On zrywał jej bukiety jesiennych liści i przynosił kwiaty z kwiaciarni. Zwiedzając lokalny zamek wygłupiali się , że jest księżniczką a on rycerzem. Były i pierwsze kłótnie , ale wydało jej się to nawet zdrowe. Przecież to też życie. Pod koniec listopada Jacek zrobił jej niespodziankę. Andrzejki w stylu retro. Wystroili się na przedwojenną parę. On wyglądał niemal jak jakiś ziemianin. Ona w czerwonej sukni i kapeluszu takiż samym kolorze jak gwiazda estrady z dwudziestolecia. Orkiestra zaczęła grać walca, wokalista zaczął śpiewać tęskny szlagier z dawnych czasów:
A ileż dziewcząt na tym balu
A w moich oczach tylko
Ty Cały Świat jest dziś parkietem
A na parkiecie tylko My
Nie trzeba Portofino
Nie trzeba Kalifornii mi!
Zatańcz, zatańcz Dziewczyno
Parkiet to nasze Raju drzwi!
A oni wirowali i wirowali. Później przyszły kolejne piosenki. Walce, tanga, a nawet zbójnicki. Zmrożona wódeczka się lała, za oknem wirował pierwszy śnieg, jedzenie było wyśmienite. Najlepszy kawalarz wśród kumpli Jacka, Olek sypał dowcipami jak z rękawa. Zatwardziały stary kawaler przyszedł sam. Wachtang opowiadał o górach, owcach, winie i kasztanach. Jego Oksana patrzyła z zachwytem na swego dżygita. Bartek zaś podrywał Olgę i chyba mu nawet dobrze szło. Tańczyli wszyscy do świtu. Najlepszym tancerzem na parkiecie był niewątpliwie chłopak Basi. Nie wiedziała , że w połowie trzeciej dekady XXI stulecia są jeszcze faceci , którzy umieją tak tańczyć. Prawda była taka, że w tajemnicy wziął parę lekcji. Wcześniej tańczył w arze niemal wyłącznie na weselach i tylko jeden taniec jaki znał. Czyli dwa na jeden. Wyuzdana Karolina w parze to lubiła czynić tylko jedną aktywność. Teraz jednak miał ambicję zaimponować Basi i zrobił to niezwykle skutecznie. Był efekt Wow.
Na święta pojechali na jego rodzinną Kurpiowszczyznę. Już jako oficjalna para i zrobili niemałą furorę. Nawet stryj Edek szepnął mu przy wódce czy coś tam tego , ten tego, no wiadomo… Potem w styczniu do jej rodziny w Gorce. Postawny chłopak ze wsi co i szkoły pokończył i traktora się nie boi zorbił pozytywne wrażenie. Basia uczyła go jeździć na nartach. Poszli zobaczyć wschód słońca na Turbacz. Rzucali się często śnieżkami. Śniegu spadło sporo i atmosfera była prawdziwie karnawałowa. Spacerowali w świetle pełni po ośnieżonym bukowym lesie. Raz zapytała go czy umie jakieś kurpiowskie pieśni. Była wszak magistrem kulturoznawstwa. Ciekawiło ją czy jakieś zna. Takie oryginalne , stare, wiejskie pieśni. Znał jedną. Nauczyła go babcia Bogumiła, gdy był dzieckiem. Starą kurpiowską pieśń o miłości.
Zaśweć niesiądzu, zaśweć niesiądzu
na Kadzidlańskie Pole.
Wyjdzij dziewcyno, wyjdzi dziewcyno
rozmózim sia łoboje.
A jek jo wyjde, a jek jo wyjde
kedy ludzie nos znajo.
Ludzie nos znajo, ło nas gadajo
ocańki jem siem palo.
A niech godajo, a niech Godawo
chocby po całym lesie.
My sia kochalim i kochać bandziem
o mój rózowy ksiecie.
Ja Ciebie krzczę w Imię Łojca, Syna, Ducha!
Zabytkowy kościółek w Olszynkach wyglądał prześlicznie. Ustrojony świątecznie, pełen wspaniałej snycerki i obrazów autorstwa ludowych artystów, zbudowany tuż po III wojnie północnej. Olszynki to była rodzinna wieś Jacka. Stał dumnie przy ołtarzu. Ustrojony w ten sam garniak jaki miał na Andrzejkach. Basia zaś w błękitnej sukience doskonale pasującej do koloru jej oczu. Obok stał brat Jacka Mirek trzymając zapaloną świecę i kuzynka Basi Małgosia. Była rodzina i przyjaciele. Kościółek był pełny do ostatniego miejsca. Młoda mama trzymała na rękach dziecko.
– Jakie imię wybraliście dla dziecka
– Maria Bogumiła
– Czy chcecie by Maria Bogumiła otrzymała chrzest w wierze Kościoła, która przed chwilą wspólnie wyznaliśmy?
– Chcemy
Stary proboszcz uśmiechnął się i zaczął polewać główkę Marysi wodą świnconom
– Mario Bogumiło ja Ciebie krzczę w Imię Łojca i Syna i Ducha Świętego!
Zdarzyło się to w dzień Świntego Szczepana Anno Domini 2027 w kościele parafialnym p.w. MB Śnieżnej w Olszynkach nad rzeką Narwią. Szesnaście miesięcy po tym jak Basia wpadła na Jacka w tej Żabce i rozbijała tą flaszkę z oliwą z oliwek, a on upadł i rozbił dwie flaszki wódki. Trzymajcie kciuku żeby tak się zdarzyło pod koniec sierpnia w przyszłym roku. Bo jak wpadną na siebie to Polska będzie. Ja się rozminą, jak zostaną na cześć- cześć, uśmiech – uśmiech to chuj z CPK, z polskimi pociskami balistycznymi Orzeł – 7 zdolnymi sięgnąć Smoleńska. Nie będzie też naszych awantur o to , kto chuj Tusk czy Kaczyński. Nie będzie sporów o powstania. Ani Mickiewicza ,ani Miłosza. Ani dzielenia opłatkiem, ani też strażoków pilnujących Grobu Pańskiego. Jak mawiał klasyk z Białegostoku – nie będzie Niczego. To żeby ta flaszka się rozbiła to jest właśnie Wielka Strategia Państwa Polskiego. Bo takich Jacków i takich Basiek jest w Polsce pewnie dwa miliony lub więcej. Ten tekst to chyba felieton. Przedostatni z cyklu – https://chutornik.pl/category/wybrane-chutornik-pl/felietony-i-opowiadanka-iii-2015-xii-2025/ Zapewne tez najważniejszy. Od Nowego Roku to i ja kończę zabawę w publicystykę na dłuższy czas bo się to jałowe zrobiło. Na jakiś czas. Za bardzo to lubię, żeby na zawsze.