Trawers Gór Dzikich cz. 2


Na fotce – Pietrosul z drugiej strony. Fotka z Wiki.

Uwaga! Dziś już nie pamiętam czy schodziliśmy w dół z przełęczy Tarnica La Cruce czy z przełęczy Saua Intre Izvore, która leży trochę dalej na wschód. Przyjmuję na potrzeby opowieści, że schodziliśmy z „Tarnicy”. Nawiasem mówiąc bieszczadzka Tarnica wywodzi swoją nazwę z języka wołoskiego tj. starorumuńskie i oznacza po prostu „siodło”. Więcej o Wołochach tutaj: https://chutornik.pl/2016/11/ile-albanczyka-w-jozku-z-bukowiny/

Wełniana lawina

Zaczęliśmy schodzić w dół. Ku grupie pasterskich szałasów, które widzieliśmy kilkaset metrów niżej. Schodziliśmy szerokim płajem. Słońce chyliło się ku zachodowi więc razem z nami zaczęli schodzić pasterze i ich stada. Płynęliśmy w wełnianej lawinie. Psy pasterskie rozstawiły się na całej długości drogi w dół ujadając wściekle. Wielkie, średnie, małe. Wszystkie wyglądały groźnie i dumnie. Nie były zwykłymi psami z podwórka, a tym bardziej psami-pupilami z wielkich miast. Pełniły trudną i odpowiedzialną służbę. W końcu po jakiejś godzinie marszu stanęliśmy wśród pasterskiej zabudowy. Niewielka, jakby osada, znalazła przytulne schronienie w małej dolince. Grzbiety po obu stronach porośnięte były częściowo lasem świerkowym. 

–Czy to Saua Intre Izvore?

–Tak! Witajcie!

–A tam? – Wskazałem ręką na kolejną przełęcz.

–Tam też Saua Intre Izvore – zaśmiał się czarnobrody pasterz. Petro jestem. Przedstawił się. Był tu najważniejszy. Rosły góral,  Hucuł czy Ukrainiec Maramorski. Ubrany był w gumofilce, stare dżinsy i dresową bluzę z kapturem. Oraz… karpacki pas pasterski. Szeroki, taki jaki nosił Janosik. Miał dwóch towarzyszy – Rumunów. Jeden, białowłosy starzec ubrany w dresy i kamizelkę z wyprawionej owczej skóry. Drugi był jego wnukiem, który pomagał dziadkowi podczas wakacji. Przypominał dziadka w miniaturze. 82 i 13 lat – nastoletni zapał i doświadczenie starości. 

W blasku watry

Osada składała się z koliby, zagrody dla owiec i kóz, zagrody dla krów, szopy na narzędzia, wiaty dla psów i wiaty z drzewem.  Słońce zaszło za góry i na niebo wyszedł srebrny księżyc. Noc zapowiadała się piękną choć bardzo zimną. Usiedliśmy w kolibie, przy watrze, która płonęła na środku chaty. Tak, chata była kurna, wszystko było przesiąknięte zapachem sera, mleka i dymu. Po udoju i karmieniu zasiedliśmy do kolacji. Petro opowiadał o życiu na wysokiej połoninie.

Wołoski pasterz – akwarela z XIX wieku



–Ciężka to praca, od wiosny do jesieni siedzi się tutaj. Rzadko bywamy w domu.

–Żona nie zazdrosna? – zapytałem

–Hahaha! Ona mysli, że ja tu kocham się z turystkami. A ja, patrzcie jaki. Jak wchodzę do wanny to widać. Gdzie by tam turystka chciała miłości. Hehehe. Zresztą jak tu sto osób przejdzie w sezonie to i tak dużo. Bezludzie tutaj.

Dorzucił świerkowych szczap do ogniska. Ogień zaskwierczał radośnie. Nad nim w kotle gotowało się mleko. Mieszał je młody juhas. A baca, zapaliwszy papierosa, kontynuował.

–U mnie pięć dziesiątek owiec, parę krów, kóz i koni. Konie tam za górą są. Im nie trzeba psów ani pasterzy. Sam się umieją bronić. A owcom trzeba psów. U mnie jedenaście. I od lat ani wilk, ani ryś mi nie zabrał owieczki.

Jakby w reakcji na te słowa rozpoczął się prawdziwy koncert. Psy ujadały, owce beczały, krowy muczały a kozy meczały.

–Ocho! Znaczy wilk chodzi, gdzieś blisko. No, a wy skąd jesteście? Z Polski tak? Sporo tu turystów z Polski.

–Tak, ja z Karpat też. Mam trzydzieści kilometrów do Słowacji i sto do Ukrainy. A Martyna z zachodniej Polski, ale też z gór.

–A po ile metr buka u was?

–Szczerze mówiąc nie wiem. Odpowiedziałem z nieco głupią miną.

–A niedźwiedzie u was w górach są?

–U mnie, w Karpatach są.

–Niedźwiedź groźna bestia. O widzicie mój kolega – wskazał na dziadka, który strugał coś z drewna i cicho podśpiewywał góralską pieśń – kuleje po tym jak spotkał niedźwiedzicę z małymi. To było dwa lata temu. Dobrze, że przeżył. A poszedł tylko borówek nazbierać na afinkę.

–A co to takiego afinka?

–Palinka z borówek, naprawdę najlepsza ze wszystkich. Tylko dużo trzeba uzbierać, żeby upędzić potem.

-A idzie zarobić na pasterstwie?

–No, taki zwykły juhas dwa tysiące lejów wyciągnie w sezonie w miesiąc. A ja to więcej bo mam swoje stada.

–Piękne krowy, siwe karpackie, u nas w górach kiedyś takie były. W książkach widziałem.

-Dziękuję – odrzekł baca.

Znów dorzucił drew do ogniska po czym wziął w dłonie świeży ser z kotła.

–Spróbujcie, to urda, świeży ser.

Był nawet bardziej niż dobry. Słodki, tłusty, ciepły, pożywny. Pogwarzyliśmy jeszcze z pół godziny po czym usnęliśmy zgodnie. Pięć osób w jednej małej chatce. Na zewnątrz psy prowadziły swój dialog z wilkami. Księżyc świecił chłodnym, srebrnym blaskiem a wicher delikatnie przesuwał srebrzyste obłoczki. Było pięknie i spało się dobrze, gdy już człowiek przyzwyczaił się do woni dymu z watry.

Znów w górę

Rano, gdy wstaliśmy i zjedliśmy śniadanie nasi gospodarze byli już gotowi do wyruszenia. Właściwie to obudził nas stary juhas. Chodził wokół ogniska i coś szeptał, ni to modlitwę ni zaklęcia, a może jedno i drugie. Zasnęliśmy, a w tym czasie nasi gospodarze uwinęli się ze wszystkim co potrzebne pasterzowi przed wyprowadzeniem stad na połoninę. Marsz pod górę był szybki. Owce to wbrew pozorom bardzo szybkie stworzenia. Psy zaś, zaakceptowały nas i uznały za część stada. Gdy tylko zwalnialiśmy delikatnie podgryzały za łydki sugerując konieczność doganiania stada. Nie było łatwo iść pod górę w takim tempie. Psy jednak uważały inaczej. Zatrzymaliśmy się na przełęczy.

–No tu się żegnamy Petro, tu od nas, za nocleg i kolację, dziękujemy – wyjąłem plik euro.

–Nie, nie trzeba. Nie trzeba nam pieniędzy, tylko… te butki są fajne. Baca wskazał na miniaturowe trampki, które były przytroczone do plecaka Martyny. Zdjęła je bez słowa.

–Proszę. Dla Ciebie – powiedziała.

Petro ucieszył się jak dziecko. Uściskał nas.

-Zachodźcie do mnie jak będziecie w Maramureszu, ja z tych gór. Na północ od Borszy. Pytajcie o mnie.

Zapisał swój adres na kawałku tektury. Zapaliliśmy. Pogoda była piękna.

C.D.N.

P.S.

O psie, który ratował ludzi w górach: https://ratownictwogorskie.pl/to-byl-wasko-pies-ratownik-gopr/?fbclid=IwAR0YG7EkXP–JPLaWf2rhYRnKS9P-81-W8pgfddgKB08dnHq3QESWydEL2k

I o suce, która lubiła Szerpów i himalaistów: https://outdoormagazyn.pl/2019/03/himalaje-pierwsze-psie-wejscie-na-7000-m/?fbclid=IwAR23F6A8UIEfqKwPpbI_tc_2H9BbcySPIDsKsIdeTyEARrXHyU0mSUx6m-U

P.S. 2

A rok temu na Babiej Górze było tak: https://chutornik.pl/2018/03/1725-m-n-p-m/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *