Trawers Gór Dzikich cz. 3


Na fotce głównej – potok w jednej z dolin po południowej stronie gór. Jak już pisałem w 1 części – wszystkie fotki pochodzą z Wikipedii. Na plaży nad Morzem Czarnym zostaliśmy okradzeni. Łupem padł m.in pendrive na którym były nagrane zdjęcia z podróży przez Polskę, Ukrainę i Rumunię. Bywa, ważne, że zostały wspomnienia 🙂

Dzika burza

Choć poranek był słoneczny, to koło południa nad górami zaczęły się zbierać chmury. Do przełęczy Saua Galacului. Koło czwartej po południu do celu było jeszcze daleko, choć widzieliśmy cały czas szczyt. A przynajmniej tak nam się wydawało. Szło się, źle. Rześki chłód poranka został zastąpiony parnym upałem. Tylko widoki bliższe (szarotki na skałach) i dalsze umilały trud. Kruki krakały przeraźliwie. Fala czarno-granatowych chmur dosłownie nas zalała. Zaczęła się burza. Zdawało się, że wszystkie górskie diabły i złośliwe chmarniki chciały nas strącić w przepaść. Sypał śnieg, lały się strugi wody, uderzał grad. W grań waliły pioruny. Burza w górach to nie zabawa. Musieliśmy schodzić w dół. Tylko gdzie? Było ciemno, mapa dosłownie rozpłynęła się w strugach ulewy. Stwierdziliśmy, że zejdziemy po północnej stronie grzbietu. I rano dotrzemy do słynnej przełęczy Prislop (tak – „Przysłup”). Leży ona na granicy Maramureszu i Bukowiny. Biegnie tamtędy główna droga. Tam mieliśmy nadzieję złapać stopa.

Zejście w złą stronę

A zeszliśmy… w zupełnie inną stronę. Bez mapy, w oberwaniu chmury tak czasem bywa. Weszliśmy w końcu w las, nawalny deszcz zmienił się w zwykłą ulewę. Brnęliśmy w dół wzdłuż drogi służącej zrywce drzewa. Świerki ustąpiły w końcu miejsca bukom i jodłom. W końcu znaleźliśmy się na dnie doliny. Namiot rozbiliśmy na polance, niedaleko wezbranego potoku. Ciężko rozkładało się naszą „jurtę” po dwunastu godzinach marszu i przejściu burzy. Do tego wszystkiego coś zaczęło poruszać się w zaroślach obok, słychać było głuche ryki. Jeleń? Niedźwiedź? Chmura gazu na psy…miała osadzić się przed wejściem. Zamiast tego wypełniła wnętrze namiotu. Wietrzenie w deszczu było wyjątkowo irytujące. Jedyną pociechą była herbata zagotowana na maszynce gazowej i sen.

Poranek w dolinie

Poranek za to był cudny. Ptaki koncertowały, słońce szybko osuszało ziemię i las. Wokół wznosiły się strome połoniny. Okazało się, że wybraliśmy całkiem dobrą drogę do zejścia. Z początku zastanawialiśmy się czy nie schodzić na przełaj. Widok stu-dwustumetrowych wapiennych urwisk, które błyskały wśród lasów na stokach uświadomił nam, że takie zejście, przy takiej pogodzie jak wczoraj mogło skończyć się skręceniem karku.

Po kilku kilometrach weszliśmy na utwardzoną drogę. Pojawiły się stosy bukowych metrówek i wielkich dłużyc jodłowych i świerkowych. Nie mieliśmy mapy więc po prostu szliśmy do przodu. Na którejś z kolei polanie stała tablica informacyjna z mapą… Cóż, okazało się, że kolejnego stopa będziemy łapać nie na przełęczy Prisłop, ale w Siedmiogrodzie. W końcu doszliśmy do miejsca w którym poczuliśmy asfalt pod stopami. Wokół były domy. Przeszliśmy Góry Dzikie.

Trochę teorii

Góry Rodniańskie po rumuńsku to Muncii Rodnei. Węgrzy nazywają je Radnai-havasok. Huculi, Rusini i inni górale ukraińscy – Hory Rodna. Dla Austriaków i Niemców Karpackich to Rodna-Gebierge. W Polsce zwie się je też Rodnianami. Ciągną się z zachodu na wschód przez ok. 50 km. Szerokość południkowa to ok. 30-40 km. Jak już pisałem to najwyższa część Wewnętrznych Karpat Wschodnich jak i Karpat Wschodnich w ogóle. Dawniej zwano je Alpami Rodniańskimi ze względu na liczne skały i bardzo dużo (do 1800 metrów) wysokości względne. Są tu też jaskinie, jedna z nich jest najgłębszą w Rumunii – 479 metrów. Góry te są też bardzo dzikie – wewnątrz praktycznie nie ma wsi. Nie licząc osad pasterzy i drwali. Ponad 46 000 hektarów zajmuje Park Narodowy, który jest jednocześnie Międzynarodowym Rezerwatem Biosfery. Z ciekawostek historycznych – można w tych górach spotkać ślady po walkach z I wojny światowej np. cmentarz polskich legionistów w wiosce Kirilbaba. Z kolei okolice gór słyną z wspaniałej architektury drewnianej i zachowanej, żywej tradycji. Wyobraźcie sobie Podhale z ruchem turystycznym, który jest 1% obecnego.

Jeśli chodzi o planowanie wycieczki. Jeśli chcecie pochodzić po tych górach musicie cały „dobytek” i zapasy żywności nieść na grzbiecie (chyba, że macie w posiadaniu jucznego konia 😉 ). Warto sobie wszystko dobrze rozplanować, żeby nie cierpieć głodu i pragnienia. Należy też pamiętać, że w górach każdy dodatkowy kilogram swoje waży. Schroniska jakieś podobno są, ale jest ich bardzo mało. Przydatna jest też laminowana mapa, albo mapnik i kompas vide nasze wypadki – mapa „rozpłynęła się” w burzy. Co do biwakowania – część gór to park narodowy i rozbijać można się tylko w wyznaczonych miejscach. Jeśli chodzi o szlaki. Wycieczka nasza odbyła się w lipcu 2010 roku. Wtedy nieźle oznakowane były okolice Peitrosula. Dalsza część grani – tak jak pisałem. Znaki pojawiały się i znikały. Czy teraz jest z oznakowaniem lepiej? Nie wiem, ale wątpię. Ma to jednak niewątpliwy urok. Przygoda! Prawdziwie dzikie góry.

Oczywiście góry te można przemierzać też za pomocą innych metod. Na połoninach można spotkać wolno pasące się tabuny koni. Najczęściej wyglądających na hucuły. Z pewnością w miejscowościach otaczających pasmo można wynająć konika pod wierzch, lub jucznego. Zimą można przyjechać tu na narty skiturowe. Wyprawa to jednak obciążona pewnym ryzykiem. Rodniany to góry wysokie więc lawiny są tu sprawą normalną. Góry te przemierzać też można kładem i motorem. Warto jednak pamiętać, że duża cześć tych gór obejmuje park narodowy. Nawet jak nie przyłapie nas straż parkowa to nie wypada… Połoniny wydają się też bardzo atrakcyjne dla paralotniarzy. Można też rowerkiem, ale to dla hardkorów – różnice wzniesień sięgają, jak już wspominałem, nawet 1800 metrów.

Jak dotrzeć? Główne miasta na obrzeżu gór to Borsza (północ) i Rodna (na południu). Dojechać najlepiej przez Węgry, choć można tak jak my – od strony Ukrainy. Z tym, że jadąc swoim peżotem tej drogi bym nie wybrał 🙂

P.S.

Piękny dokument o himalajskim państewku (region autonomiczny Nepalu) i jego mieszkańcach. Fenomenalne zdjęcia: https://vod.tvp.pl/website/mustang-himalajska-podroz,35237315

A tutaj coś bliższego – widok Tatr górujących nad… Krosnem https://www.facebook.com/groups/615751061922137/permalink/1365973386899897/ Prawie jak pod Kaukazem 😉 Apropo – http://www.kbir.krosno.pl/tworcy_prezentacja.php?id_artysty=103

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *