Złamać kark buntowi
„Liznąłem” swego czasu pracy w zawodzie nauczyciela. Nie trwało to długo, ale starczyło by dowiedzieć się na własnej skórze, że praca to trudna. Z sympatią więc patrzyłem na nauczycielskie żądania i prośby o podwyżki. Do czasu. Do czasu, gdy właściciel paskudnej mordy i szef paskudnej bandy, niejaki Sławek Broniarz wytoczył najcięższą strajkową broń. Grożenie, że dzieci i młodzież, cały rocznik, będzie „zimować” to groźba wstrętna. Poczułem, gdy to usłyszałem, właśnie to uczucie. Uczucie wstrętu. „Niby komu te podwyżki? Dla tych wszystkich głupich p…, którym nie powierzył bym stada baranów? Dla wypalonych frustratów, przerażonych misiów, ludzi bez umiejętności pedagogicznych a i z potężnymi brakami w wiedzy którą mają przekazać? Że niby co k…. ?”. Tak właśnie sobie pomyślałem. Ja nie mówię, nie można wymagać od nauczycieli Bóg wie czego. Życie nie wygląda jak film „Młodzi gniewni” czy inne „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”, ale jakiś etos, jakieś zasady powinny obwiązywać. ZNP udowodnił, że jest tylko związkowym gangiem, którego celem są jedynie pieniądze. Nauczyciele, którzy zechcą uczestniczyć w strajku w takiej formie powinni zapłacić odszkodowanie dla swoich ofiar. Jeśli nie mają oszczędności – rekwirować ruchomości i nieruchomości. Oczywiście dodatkowo dyscyplinarne zwolnienie i zakaz wykonywania zawodu. W budowlance i podobnych robotach ciągle brakuje rąk do pracy. Mogą się nająć. Jeśli owi buntownicy kształcili się na państwowych uczelniach powinno się zażądać zwrotu kosztów , które poniosła Rzeczpospolita Polska inwestując w naukę tych niewdzięcznych swoich córek i synów. Ojców, którzy pod wpływem słusznego gniewu spuszczą strajkującym manto – ułaskawiać. Generalnie, państwo powinno iść na całość i się nie patyczkować z zdradą i buntem.