Kapitan September – na Salang!


Patrzyłem na stromy stok przede mną. Pięć setek metrów niżej huczały wody rzeki Rahar. Daleko, na horyzoncie, szczyty Hindukuszu świeciły złoto-diamentowo w świetle popołudniowego słońca. Mój przewodnik trzymał konia za uzdę. Wygląd Abdula był wzorcowym połączeniem nowoczesności i tradycji na wojnie. Koń, szabla, kinidżał i radiotelefon. Na plecach miał przewieszony Lee-Enfielda. Broń tyleż starą co zabytkową. Kolba i pare innych elementów karabinu brały udział w bojach na polach Flandrii. Luneta „widząca w nocy” była najnowszym modelem zdobytym na specnazie.

–Widzisz ich? – zapytał

–Nie, gdzie są ?

–Tam na zboczu. Na tych piargach. Niedaleko. Abdul wskazał ręką.

Ja dalej nie widziałem niczego. Podał mi lornetkę. Teraz dopiero zauważyłem sznur ludzi i koni na wąziutkiej ścieżce. Fascynowała mnie afgańska sztuka kamuflażu. W kraju niemal bezleśnym partyzanci wtapiali się idealnie w tło. Po godzinie zobaczyłem mego przyjaciela z Wietnamu. Właśnie m.in dla spotkania z nim udałem się kolejny raz do Afganistanu. Nie były to łatwe wyprawy. Warto było jednak. Kapitan był jedną z najbarwniejszych postaci jakie spotkałem w Indochinach. Dziś szkolił bojowników Ahmeda Szaha Masuda i czasem prowadził wojenne wyprawy. Chciałem zabrać się z nim na rajd przeciwko sowieckim konwojom. Septemeber był idealnym reżyserem takiego spektaklu. Idąc z nim na rajd wiedziałem, że nagrany materiał będzie hitem. Kapitan mimo prawie sześciu krzyżyków na karku reprezentował się wspaniale. Ubrany w mieszaninę lokalnego stroju, pakistańskiego demobilu, umundurowania sowieckiego. W ręku trzymał zdobycznego kałasznikowa, a na plecach miał przewieszony sowiecki rakietowy miotacz ognia.

–Witaj kapitanie. Dawnośmy się nie widzieli.

–Witaj Jimi. Ano dawno, chyba w 1970 w Kon-Ton.

–Teraz wojujesz dalej z tym samym wrogiem.

–Ano tak, ale pamiętasz co ci mówiłem w Kon-Ton?

-Mówiłeś „jestem żołnierz polski, szlachcic litewski. Moja rodzina walczy z Rosją od XVI wieku, a z bolszewikami od pół wieku”.

-No, tu jest dobra okazja. Od 1946 nie wojowałem z nimi bezpośrednio. Teraz zdarza mi się walczyć twarzą w twarz. Widzisz ten karabin? Jego właściciel był dobrym wojownikiem. Ja byłem lepszym. Zginął od mojego noża. Po tej wojnie imperium z którym walczę upadnie. Wiem, że miałeś tu na mnie czekać. Dziś odpoczniemy w tutejszych pieczarach. Jutro o świecie przekroczymy rzekę i ruszymy dalej. Na Salang. Zobaczysz jak się palą sowieckie cysterny. Mamy zamiar spalić co najmniej sto.

–Zawsze byłeś pewny siebie.

–To cecha wielkich wodzów – roześmiał się. I dodał. Zapraszam na pilaw i herbatę. Zimnego piwa niestety nie mam. Allah zabrania – roześmiał się jeszcze głośniej. Po czym zwrócił do mudżahedinów mówiąc w języku farsi. Wojownicy! Z waszym komendantem uradziliśmy, że dziś odpoczniemy w jaskiniach. Jutro ruszamy dalej do wyznaczonych kryjówek. I dalej już nocą. Na Salang! Śmierć Szurawim!

–Allah Akbar!!! Allah Akbar!!! – odpowiedzieli chórem wojownicy.

Na fotkach. 1 – dolina w Hindukuszu. 2 – mudżahedini (choć akurat nie od Masuda). Źródło – Wikipedia.

C.D.N.

P.S.

Przypominam o remoncie stronki: https://chutornik.pl/2019/04/male-i-duze-reformy/

P.S. 2

W bazie Kon-Ton 😉 https://chutornik.pl/2018/06/przerwac-aorte-vietkongu-cz-7/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *