Kapitan September – na Salang! cz. 5
Zeszliśmy w dolinę. Było mroźno. Świtało, było na tyle jasno, że widzieliśmy siebie nawzajem i wyzwanie, które było przed nami. Zaczęła się przeprawa. Bród nie był na szczęście szeroki. Jakieś dwieście stóp, licząc anglosaska miara. Woda była jednak rwąca i potwornie zimna. Miejscami sięgała pasa dorosłego mężczyzny. Szliśmy powoli trzymając się kurczowo liny rozpiętej nad rzeką. Potem szły konie. Ich opiekunowie wykazywali się prawdziwym kunsztem. Później przyszedł czas na obeschnięcie. Siedzieliśmy w małym zagajniku. Wśród krzewów i małych drzew. Promienie słońca tańczyły na złotych i czerwonych liściach. Krajobraz przypominał mi trochę niektóre doliny w moim rodzinnym Nowym Meksyku. Warty pilnowały by wróg nie mógł podejść zbyt blisko. Trasę ubezpieczali też lokalni partyzanci. Tak właściwie uzbrojeni pasterze. Jak na pasterzy uzbrojeni całkiem nieźle. Lokalna kompania, która ubezpieczała przeprawę miała przeciwlotnicze karabiny maszynowe i moździerze.
–Widzisz, Sowieci są głupi – powiedział do mnie kapitan i chwycił zębami kawał suszonego mięsa.
–Czemu?
Mój przyjaciel przegryzł, wypił czarkę herbaty z wielkiego termosu. I zaczął mówić. Znów przeszliśmy na farsi.
–Bo jutro będą desantować nad Rahar dwa bataliony komandosów. Jutro o świcie. Wyskoczą jakieś 30-40 kilometrów od rzeki i będą lądować na spadochronach szybujących. O mniej więcej takiej porze porannej, gdy oni będą wiedzieć jak lądować. My zaś będziemy daleko. Nie zaskoczą nas. O spójrz! Wskazał na niebo. Na niebie widać było sylwetkę transportowego Antonowa. Leci do Bagram. Szkoda, że nie mamy stingerów. Jedna, dwie rakiety i spadł by na góry. Gdyby tylko Pentagon i CIA dostarczało więcej broni nam, a nie fanatykom od Hetmakjara to straty sowieckie były by dużo większe.
-Oni sami mówiąc na swoich pilotów, że zajmują się tłuczeniem kamieni i wypalaniem krzaków – roześmiał się Czyngiz, jeden z dowódców Septembera.
–Allahowi niech będą dzięki za nasz wywiad! Zauważył inny podoficer wysoki Isa. Dzięki wywiadowi i znajomości gór możemy wywodzić w pole Szurawich.
–Lecz wioski palą skutecznie. Wioskę spalić, zburzyć. Zniszczyć kanały irygacyjne i sady. Zaminować z powietrza pola. To najłatwiej. Ponuro zauważył Ali. Kolejny dowódca plutonu.
Po śniadaniu ruszyliśmy pod górę. Ścieżką wąską i stromą. Przez pewien czas szliśmy nad kilkusetmetrowym urwiskiem. Przemykaliśmy wśród skalnych labiryntów. Na niebie prawie nie było chmur. Były za to smugi kondensacyjne zostawiane przez sowieckie szturmowce. Gdzieś na wschodzie słychać było grzmot eksplozji.
–Tam pewnie toczy się bitwa. Zauważył idący obok mnie Isa. Po latach walki rozróżniamy odgłosy eksplozji. Teraz pracuje artyleria rakietowa. Oni nazywają swoje wyrzutnie gradem. Faktycznie jest szkodliwy, ale my bardziej boimy się rydwanów diabła.
–To rosyjskie helikoptery szturmowe? Zapytałem.
-Tak, oni mówią na nie „krokodykle” i to też jest dobra nazwa. Ciężko je zestrzelić, a nawet uszkodzić. Są całe w pancerzu jak krokodyl. Przeszkadzają nam. Osłaniają konwoje, zrzucają i wspierają ogniem desanty. Polują na nasze karawany. Niszczą wsie. Potężna to broń. Mają działka, rakiety i bomby. Niektóre mają też reflektory i latają nocami. Widzisz nie mamy tu lasów takich jak w Wietnamie. Gdy przelatują kładziemy się na ziemi i udajemy skały. Przyczajamy się w rozpadlinach, chowamy pod głazy. Gdy strzelają staramy się rozproszyć. Ciężko do tego przyzwyczaić młodych mudżahedinów. Człowiek instynktownie, gdy się boi, to stara się być obok towarzyszy. Nie być sam, gdy wokół lecą rakiety i pociski.
–Co robiłeś przed wojną Isa? Zapytałem. Ciekawiła mnie elokwencja partyzanta.
–Studiowałem. Budownictwo na politechnice w Kabulu.
–I wolał byś budować niż wysadzać w powietrze?
–Stanowczo. Nie chodzi o to, że postęp jest zły. Ja chciałem innego Afganistanu. Bardziej nowoczesnego. Z koleją, z fabrykami, szkołami. Cóż jednak przynieśli komuniści? Napalm i rydwany diabła. Więzienia i niszczenie tradycji. Więc walczymy. Jesteśmy jak Vietcong. Niepokonani. Tylko my walczymy z komunistami.

Sowiecki konwój w Afganistanie. Na foto głównym – bezludna dolina w Hindukuszu. Fotki we wpisie z Wikipedii.
Później przekroczyliśmy przełęcz i zeszliśmy przez boczną dolinę. Tutaj lokalni przewodnicy pokazali nam bezpieczne przejście. Cała dolina była zarzucona minami. Minęliśmy dwie wsie całkowicie zburzone i wyludnione. W trzeciej cześć domów była tylko uszkodzona. Ludzie mieszkali jednak w pieczarach ze strachu przed nalotami. Było bardzo zimno i popołudniu nadeszły z północy ciemne chmury. Zaczął dąć wściekle zimny wicher. Sypnęło mokrym śniegiem.
–Szurawi chcą nas zmęczyć i kazali wichrom z Syberii nas zamrozić. Roześmiał się Czyngiz.
–Może. Odrzekł zamyślony September. Dodał po chwili. Nocujemy tutaj, u gościnnego plemienia Czarhama. I jego wodza Abdullahina syna Mohameda z klanu Karabuhari! Allah nam sprzyja bracia!