Nigdy nie będziesz szedł sam…


Po pierwszej dniówce siedziałem sobie jak zwykle na fajrancie. W zakładowej. Popijałem nieznanego mi wcześniej cajdra. Całkiem smaczny. Lekko słodki, ale nie przesłodzony jak przereklamowane balmersy. Ładna etykieta z liskiem zakradającym się nocą do jabłkowego sadu. Kątem oka zobaczyłem, że Gus zakłada na głowę jakieś dziwne urządzenie, z daleka wyglądało na połączenie okularów spawalniczych i maski gazowej. Po pewnym czasie zdjął z głowy ustrojstwo i gestem zaprosił ku sobie. Byłem ciekaw co to za ustrojstwo. Angielski Seba (jak nazywaliśmy Gusa) wyjaśnił jak mam operować joystickiem i założył mi na głowę gogle. Nagle  znalazłem się w świecie męskiej przygody w 3D. Jako odważny snowbordzista zjeżdżałem z wielkiej góry. Niczym hemingwayowski Santiago walczyłem z dzikim marlinem. Pilotowałem wojskowy helikopter lecący między skalnymi ścianami głębokiej doliny w Afganistanie. No i oczywiście byłem też prezesem wielkiej firmy, któremu oddaje swe wdzięki ponętna, blondwłosa sekretarka-biurwa.

–Ciekawa machina Gus

-O tak to fajny gadżet. Przydatny.

-Ale najbardziej realistyczne, moim zdaniem, to ten filmik z blondyną.

-No tak Wiktor, bo to się podoba najbardziej każdemu facetowi. Gus, który wypił wcześniej dobry kieliszek absyntu zaśmiał się głośno.

Na wolnym krześle usiadł Barry. Znałem chłopaków od lat. Wiedziałem, że robią dla Dickye’go z Truro. Dopiero jednak od zeszłego sezonu pracowali dla Dejwa. Teraz mieszkali przez część tygodnia w karawanach na Nowym Rzepniku. Wioska podkarpacka przeniesiona do Devonu zmieniła nieco skład etniczny. Na polsko-kornwalijski.Siedzieliśmy i gadaliśmy. Gdy im powiedziałem, że tak w ogóle z wykształcenia jestem historykiem Barry zapytał.

-A Wy Polacy mieliście dużo wojen przed wojną z Hitlerem?

Gus zaczął parodiować przywódcę, którego Niemcy kiedyś kochali, a dziś się do niego nie przyznają.

-Tak, tak bardzo wiele.

-I z kim walczyliście?

-O z wszystkimi.  Rosją, z Szwecją, z Turcją nawet z wami Brytolami.

– Z Turkami?

-To bardzo dawno. Czterysta lat temu.

-Aha ok.

Chłopaki popadły w lekką konfuzję.

-A kiedy to z nami? Nieśmiało jakby  zapytał  Barry.

-W epoce napoleońskiej. W Hiszpanii. Skomplikowane, wy pomagaliście Hiszpanom, my Francuzom. Wtedy Polacy walczyli z całą prawie Europą.

-I kto wygrał te bitwy? Dopytywał mój kornwalijski kolega.

-Polacy! Powiedziałem tryumfalnie. Ale czasem byliśmy sojusznikami. Dodałem.

-O wiem, polscy piloci. I marynarze też, i czołgiści. Barry pokiwał głową.

-Nawet tu w Exeter, na lotnisku stacjonowały polskie dywizjony

-O…nie wiedziałem

-Trzy lata temu byliśmy na starym cmentarzu w Exeter, są tam groby polskich pilotów.

-Polacy to twardzi ludzie.

-Wiem. Rozparła mnie narodowa duma. Po chwili dodałem:  Ooo, ale Anglicy też potrafią walczyć. Liwerpool pokazał klasę. Liverpool, angielska piłka w ogóle to wielki sport.  I zanuciłem „Nigdy nie będziesz szedł sam”

Na te słowa. Barry  popatrzył w niebo. Westchnął ze wzruszenia. Liverpoolski zespół futbolowy był jego religią, a oglądanie meczy czymś na pograniczu dżihadu, misteriów pogańskich i uroczystej Mszy Świętej. Westchnął po raz drugi. Odłożył na beton piwo i zanucił dalszą część pieśni:

Idąc przez wichry i sztormy

wysoko trzymaj głowę

nie obawiaj się ciemności.

Po burzy zawsze świeci słońce



Na fotce 1 – Barry z bocianiego gniazda. Na fotce 2 – Gus zakłada puszaperem perlinę (łatę).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *