Wichrowe wzgórza
Poranek rozpoczął się mało obiecująco. Wczoraj popołudniu na chmurnym niebie pojawiła się jeszcze bardziej chmurna, ciemna i groźna chmura o dziwnym kształcie. Taki trójkąt. Z tej chmury lunęły potoki deszczu, biły pioruny. Wicher trząsł karawaną niczym szalupą na wzburzonym morzu. I jak zaczęło lać, tak już lało non stop. Nie chciało się wychodzić z kajuty.


Trzeba jednak było. Poranek mijał spokojnie. Lubię takie poranki. Ładowanie, ale nieśpieszne. To tu dać, to dać tam. Trochę się pokręcić. Wypić kawę. Pogadać. I jakoś zleciało półtorej godziny. To bardzo dużo. 90 minut bliżej do przerwy śniadaniowej. Kiedyś było inaczej, bardziej wojowniczo. No cóż, Wayne się zestarzał trochę, odpuścił z tempa. Popatrzyłem do jego Księgi Przeznaczenia. Hmmm nazwa nic mi nie mówi. Pytam Grubego, odpowiada, że to w Exmoorze. Już wiem! Byłem tam pięć lat temu. Fajnie, że Exmoor. Daleko i pięknie (https://chutornik.pl/2017/08/exmoor-pogorze-i-wybrzeze/ ). No może nie do końca pięknie. Exmoor to jedno z najbardziej deszczowych miejsc w Europie. A deszcz leje jak z cebra. Zimny, jesienny deszcz. Nie ma jednak wyjścia – specyfika tego sportu (czemu pracy nie traktować jak sportu?) to działanie w każdych warunkach pogodowych. A więc jedziemy. Załogą dowodzi oczywiście Gruby alias Grubeusz alias Toteksław. To zabawne, że wystarczyło zmienić końcówkę „by” na „beusz” i już biedny Kevin nie orientuje się, że mowa o nim. Oprócz Grubeusza ja, Kai brat Garrego i dwóch rugbystów – Lukaszek i Karolek. Łukasza znałem z zeszłego sezonu, Karolek to jego kolega z akademika i roku. Student ekonomii. Rodem spod Oxfordu. Sami Anglicy. Cóż nas Polaków jest teraz tylko dwóch – ja i Diego. To nie te czasy, gdy chłopaki z Podkarpacia dominowały w firmie.

Do Exmooru jedzie się długo. Zaczyna się na autostradzie, kończy na wąskich, górskich drogach. Góry nie wysokie, pogórze raczej niż góry, ale bardzo ładne. Urywają się ogromnymi klifami spadającymi do Morza Celtyckiego. Exmoor był jednym z miejsc, gdzie rodził się angielski preromantyzm. Faktycznie widoki są bardzo poetyczne. Szczególnie piekne są masy chmur pędzone przez wicher po stalowo-szarym niebie. Puszczam muzykę w słuchawkach. Tylko co wybrać? Myślałem o Zenku Martyniuku, ale to muzyka na słoneczny dzień. Wybór padł więc na Szuberta. Muzyka pasowała do mgieł i bukowych lasów, które mijałem za oknem. Tuż przed wyjściem z auta puściłem zaś coś mocnego, bojowego. Wypraktykowałem to jeżdżąc na showgroundy z Misiem i Cobrą. Iron Maiden, Sabaton , sowiecka „Święta Wojna” itp. Coś wojennego, co podnosi poziom noradrenaliny, morale i wolę walki. Dziś puściłem sobie „Wezwanie do krucjaty” i „Bębny Światowida”. Pomogło.


W końcu byliśmy na miejscu. Pustkowie. Angielskie Bieszczady. Tylko owce na łąkach i kruki walczące z sztormem nad głowami. Robota szła dość szybko. Dwa małe klasyki. Tylko to zimno. Było ok. 10 stopni Celcjusza. Zważywszy, że w zeszłym tygodniu chroniłem się przed 35 stopniowym upałem w chłodnych wodach Dniepru różnica porażająca. Wareg jednak nie może być miętkim. Tak samo tenter. Zimno to jednak zimno. O wiele mniej zmarzłem na biegówkach, zimą w puszczach Pasma Granicznego. Mniej zmarzłem w marcu przy brukowaniu parkingu Rojaxu na Lubelskiej w Rzeszowie. Prawdę mówiąc przemarzłem wściekle jak mało kiedy w życiu. Mój błąd, herbata w termosie się przydała, ale zapomniałem o bluzie na przebranie. Suchej i zagrzanej. Ubrałem się za cienko. Sam jestem sobie winien. Nie mniej przynajmniej akcja poszła wartko. Trochę trzeba było powalczyć z wichurą. Gdy wiało mniej uderzały fale ulewnego deszczu. To taki inny deszcz, morski. Korple mniejsze, ale padające gęściej. Wszystko nasiąka wodą. Mimo koszmarnej pogody było jednak wesoło. Z Karolem pogadałem o gospodarce Polski i Ukrainy, z Kaiem troszkę pożartowaliśmy. Jak to na robocie.




Pekpuling, ładowanie polsów i belsów z kanwusami na vany i powrót do Nowego Rzepnika. Tam jeszcze było wiele pracy przed nami. O tym opowiem innym razem, teraz idę spać! Jest miękko, ciepło i sucho. Czegóż więcej trzeba by być szczęśliwym. Bardzo ciepło. Do usłyszenia!
