Słowo na niedzielę – stuka zegar.


Zegar wybija godzinę

O i mój zegar wybije 28 IX 33 rok. 33 lata więcej wiedzy o świecie. 33 lata bliżej śmierci. Patrzę w okno, za oknem……. Patrzę w okno i myślę kim mógłbym być, gdybym nie był tym kim jestem.

Nauczycielem historii i WOS-u w Technikum Leśnym w Lesku. Lubianym przez uczniów, szanowanym przez mieszkańców Leska i okolic. Piszącym czasem w lokalnej prasie, chodzącym z plecakiem na weekendowe wycieczki wgłąb gór. Latem latający Rayanerem do Devonu po funty. Sympatycznym starym kawalerem, który lubi brać na swoją łódkę „Kanugard” spragnione wrażeń turystki wypoczywające nad Soliną. Opowiadał bym im bieszczadzkie bajania, a potem płynął w ustronne zatoczki. Potem znów wracał zrelaksowany znad brzegów baśniowego jeziora do Leska. Mówił, wchodząc do klasy, „Dzień dobry chłopaki!” i słyszał w odpowiedzi „Dzieeeeńńńń Dooobryyy Pannnuuu!”.

Patryarchą z Malinowej. Hutnikiem szkła, cieślą, sprzedawcą czy pracownikiem RCKP. Sierżantem 3 Brygady OT. Mężem i ojcem trójki dzieci. Co niedzielę w kościele w Turaszówce. Czasem u Kapucynów. Przed niedzielą sobota. To ogród i las, albo na Jaworznik sprawdzić czy nie wyrąbali lasu. I tak by się toczyło, aż do dnia w którym zaniosą mnie na cmentarz.

Partyzantem Syryjskich Sił Obronnych, ochotnikiem co poszedł walczyć ze złem zwanym ISIS. Bohaterem z legend z kałasznikowem zamiast miecza. Anonimowo, dla Sprawy. Templariusz, mnich-wojownik. Tudzież machnowiec XXI wieku. Spełnienie drapieżnej strony natury.

Modern-szamanem. Właścicielem ośrodka kursów dla znudzonych kobiet. Taka chatka w dolinie Lidoszowej. Czarował bym tam piękne panie Światowidem, Perunem, wołoskimi legendami i pseudo-tantrą. Muskularny i opalony niczym Król Wielkiej Lechii. Pięknie wyglądał bym kapiąc się w potoku w świetle zachodzącego słońca. Kapał bym się oczywiście z kursantkami w ramach „pradawnego słowiańskiego rytuału”. Potem chodził z nimi do łóżka w rustykalnym stylu. A one by mi jeszcze za to płaciły.

Pilarzem w Finlandii. Pół-pustelnikiem zanurzonym w przyrodzie. Co ranka o wschodzie słońca klękał bym do modlitwy. Kłaniał się Panu Bogu dziękując za tajgę i za pracę. Potem brał piłę, bańkę z paliwem, siekierę i torbę. Wołał psa. Wsiadał na terenowy motorower i ruszał do roboty.

Tenterem w UK. Takim na pełny gwizdek. Pół roku u Wayna i Dejva. Drugie pół wesołe życie. Starczyło by. I jeszcze na ewentualne alimenty. Podkarpacki król życia.

Hipisem. Daleko w kraju z dostępem do ciepłych mórz i powszechną akceptacją poligamii. Takim z liberalnymi przepisami co do posiadania darów natury poszerzających wyobraźnię.

Kozakiem. Gdzieś tam w Dzikich Polach, gdzie Ajdar toczy wody ku Dońcowi. Siedział bym na blok-poście i pobierał myto. Czasem brał udział w potyczkach w stepie.

Wyciągowym w stacji narciarskiej. Na przykład w Kolorado w USA. W lecie na parkingu przy ochronie. Ożenił bym się z miejscową Indianką. W wolnych chwilach wędkował bym z synami w górskich rzekach, albo pił burbona z kolegami.

Sadownikiem w Odrzykoniu. Śliwki świeże, suszone, mrożone, soki, wino śliwkowe, śliwowica. Wykupił bym też Malinową i zasadził bym tam winnicę. Agrobiznesmen pełną gębą.

A jestem tylko tym kim jestem.

Co mi się udało przez te 33 lata? I dużo i mało. Zależy jak spojrzeć. Zależy co uznać za ważne. Na pewno spotkałem w życiu wiele ciekawych i dobrych ludzi. To dzięki nim ta strona. Dzięki ludziom i miejscom. Od Babicy po Kornwalię. Od Basztowej po Terek. Od samego początku miałem ciekawe życie. To dobrze. Zrobiłem trochę rzeczy głupich,. Może nawet i złych. Stanowczo czasem i tych złych. Bywa. Nie jesteśmy aniołami, a więc i ja nim nie jestem. Gdybym dziś miał umrzeć to pewnie bym o tych złych chwilach. Nie umieram ( a przecież mogłem ) i żyję. I to jest dobre. Życie nie jest takie złe. Komplikuje się człowiekowi, gdy myśli zbyt dużo. Nie namawiam oczywiście Czytelników, żeby byli , były bezmyślnym. W tym „niemyśleniu” Chodzi o ten jego rodzaj, który mrozi wolę, a rodzi apatię. Ten rodzaj strachu, który paraliżuje. Lepiej myśleć, że ta szarża, ten atak na szczyt góry ( https://chutornik.pl/2019/01/na-szczycie/ ) uda się. Jak temu napoleońskiemu gwardziście co wyniósł z Rosji pułkowego pudla. Teoretycznie, patrząc racjonalnie, żołnierz powinien psu ukręcić łeb i upiec go w ognisku. Nie zrobił tego. Pomimo wszystko niósł go przez śniegi. Uszli obaj. Żołnierz i pies. Może i mi się uda.

Piszę sobie…

Piszę sobie. Gdybym nie pisał to bym pił, ćpał zażywał rozpusty. Lub też popadł w całkowitą melancholię. Wściekł się i wyjechał daleko. W fińską tajgę by zniknąć w przyrodzie. Do Londynu mieszkać na łodzi, albo w skłocie. Do Rożawy, na stepy syryjskie by walczyć. Uciec od Polski. Piszę jednak. Pisałem , szybko, dużo i nie mogłem tego wyhamować. Jakbym się bał Apokalipsy. Takiej małej, prywatnej i tej wielkiej.

Kiedyś było na odwrót. Niewiele pisałem, a wiele czytałem. Biblioteka była stałym przystankiem między szkołą a domem. Centkewiczowie, Szklarski, London, Szałamow, Pasternak, Piasecki, Kossak – Szczucka. Kolejne kartki odwracałem, jedne tomy odkładałem na półkę inne zabierałem do domu. Liście żółkły, czerwieniły się. Potem opadały. Jeszcze później zaczynał wiać zimny wicher. O szyby biblioteki zaczynały bębnić jesienne deszcze. Deszcze zamieniał się w śnieg. Spadał śnieg pastuszy, ptasi w końcu królewski. Czasem wchodziło się do niej w jesieni, a wychodziło już w zimę wirującą tysiącami białych płatków. Słupek rtęci spadał w dół i okna pokrywały mroźne kwiaty. Kiedyś były takie drewniane okna, nie do końca szczelne. Gdy temperatura spadała poniżej dziesięciu kresek to kwitły na szybach mroźne kwiaty. Czytało się do takiej pory dnia, w której słońce barwiło je na czerwony kolor. Słońce w końcu zwyciężało mróz. Ogród Dziadka Mroza znikał. Pojawiały się za to te na łąkach i drzewach. Czytanie było i jest piękne. Trzeba czytać. Warto czytać. Jeśli coś ciekawego napisałem na tej stronce do dlatego, że nakręcałem czytaniem swoisty mechanizm sprężynowy, czy napinałem cięciwę łuku. Potem wystarczyło puścić machinę w ruch, wypuścić strzałę z łuku.

Na głównym zdjęciu – ja i Reks w Bajkowym Lesie. Przedwiośnie 2008 r.

A czy warto było pisać?

Czy warto było pisać tak z perspektywy innej niż realizowanie swojego hobby? Nie wiem. Czasem, mam chmurne dni w sercu. Brzydko, wieje wicher, smutno. Widzę wtedy obecny rząd jako rewers rządu Platformy. Awers i rewers tej samej monety. Różne obrządki tej samej religii, której ołtarzem jest grill. Platforma nam Nosaczom dawał „grillowanie„, „ciepłą wodę w kranie” i „europejskość„. Wyrośliśmy z kompleksów, ale dalej potrzebujemy głównie „grilla i ciepłej wody w kranie”.Dużo dostać, jak najmniej dać. Dbać o „podstawową komórkę społeczną” a resztę to „co nas obchodzi”. Lokalne społeczności funkcjonujące na zasadzie „tam mieszkają ch…je, tam też ch…je, a tu moje piękne tuje”. Jeśli już działamy wspólnie to polega to głównie na blokowaniu wszystkiego co się da zablokować. A jeśli wojna to poddamy się pierwszego dnia. Byle zostawiono 500+ i żeby Kamil Stoch skakał w polskich barwach.

W takie chmurne, melancholijne dni „polskość” jest dla mnie brzydka. „Polskość” w te dni to … Chełpienie się sukcesami w pracy i życiu. Deptanie po bliźnich tak jak w wierszu jednego z współczesnych wieszczów „Każdy ponad każdym„. Bombelkolatria ( czczenie małych dzieci niczym małych bogów ). Chowanie się za murami, żywopłotami, rzędami tui. Kostka brukowa na parkingu, reklamówki z biedronki, galerie handlowe. Pustka. Bezsens. Tacy jesteśmy, gdy popatrzymy w lustro. Taka nasza Polska, gdy popatrzymy dookoła. A wszędzie wokół nie lepiej. Świat pełen pustki. Spełnienie proroctw Lenona i Kononowicza „Wyobraź sobie, że nie ma niczego”. I wtedy myślę sobie „na kiego ch… prowadziłem tą stronę?”.

Ten nihilizm trzeba jednak w sobie zwalczyć. Nihilizm wykrzywia obraz. Jest kłamstwem. Dokładać swoją małą cegiełkę. Małą, ale solidną. Zależy mi na pisaniu z sensem, a nie na „zasięgach„. Czym są owe „zasięgi„? Przykład z życia. Ostatnio oglądałem na „youtube” filmik o groźnych rasach psów. Znalazło się tam takie sformułowanie „najsłynniejszym wilczakiem czechosłowackim był white fang znany z historii Londynu”. (Sic!) Filmik miał 16 tysięcy polubień. Wolę mieć 20 „lajków” a pisać mówić z sensem, niż mieć 16 tysięcy i cytując panią klasyk z legendarnego filmiku „opowiadać farmazony”.

Mniej pisać, więcej czytać. A co najlepsze to kiedyś może wydrukuję, tu macie syntezę „Chutornika” z okresu III 2015 r. – IX 2019 r. https://chutornik.pl/category/do-pdf/

Co do dalszego rozwoju strony. Będzie mniej publicystyki, a więcej … nazwijmy to literatury (czy jak kto woli grafomanii 🙂 ) – https://chutornik.pl/category/opowiadania-miniatury-gawedy/

Bieżące sprawy, recenzyjki, komentarze, małe obserwacje, fotorelacje znajdziecie tutaj – https://www.facebook.com/Chutornik-z-dorzecza-Wis%C5%82oka-733039423393752/

Czasem pojawi się też jakiś artykuł w „prawdziwych gazetach” – https://chutornik.pl/category/roznosci/moje-teksty-w-prasie/

Trochę na Podkarpaciu, trochę na Mazowszu. W przeddzień urodzin mojego dobrego, małego kolegi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *