Dworzec w Piasecznie
Szybka impresyjka o dworcu w Pisasecznie, o samym Piasecznie, Warszawie i Polsce 😉
Miasto w cieniu Miasta
Wieczorem ludzi jest stosunkowo mało. Głównie młodzi. Jest sobota, więc jadą zapewne na imprezy do MIASTA. Oczywiście Piaseczno to też miasto. Z całkiem długą i ciekawą historią. Prawa miejskie nadane przez księcia mazowieckiego o pięknym imieniu Janusz, zabrane przez cara z Rosji (za sympatyzowanie z powstańcami styczniowymi), potem znów odzyskane. Dwa razy palone. Raz przez Szwedów, drugi raz podczas walk z Rosjanami podczas insurekcyjnych walk z 1794 roku. Mimo to ostało się trochę zabytków, jak to w większości polskich miast palonych po parę razy, a i tak posiadających jakieś perełki. Chyba najciekawszy jest ratusz z islamskim półksiężycem na dachu. Wygląda trochę jak meczet, a to tylko pamiątka po pobycie posła Wysokiej Porty, który przebywał tutaj w XVII czy XVIII stuleciu. Jest piaseczyńskie piwo, są piaseczyńskie tradycje. Mimo to miasto, całkiem niemałe (samych zameldowanych ok. 50 000, niezameldowanych pewnie kolejne 50 000) wydaje się być przybudówką, bazarem, sypialnią i hurtownią. Leży w cieniu ogromnej Warszawy. Ogromnej oczywiście jak na nasze polskie warunki. Warszawa mogła by być przecież jedną z dzielnic Szanghaju czy Londynu.
Na peronach o poranku
Wieczorem dworzec kolejowy w Piasecznie jest słabo zaludniony. Co innego o poranku. Dzikie tłumy zalewają perony. Czasem czuję się jak w metrze w Kijowie. Ukraiński, rosyjski wokół mnie. Ani słowa po Polsku. Innym razem słyszę głównie polski. To jedzie do szkół piaseczyńska młodzież. Studentki i studenci z Mazowsza i z całej Polski. Młoda Polska. Są w tej ludzkiej rzece i ci ludzie, którzy w Piasecznie śpią i jedzą kolację. W Warszawie wykuwają polski PKB. To chyba większość pasażerów porannych pociągów. oczywiście tych polskojęzycznych. Korpoludki gładzą modne brody rozmawiają o wyborach. Narzekają, znów prowincja wygrała z metropoliami. Znów Starzec z Żoliborza może popijać szampana w swej chatce. Popijać szampana a swoim kotom podać specjalnie przygotowaną na tą okazję krwistą wątróbkę. Dziewczyny z biur kręcą biodrami i z zaciśniętymi ustami piszą coś gwałtownie na swoich mesengerach. Namiętnie. Może wielki kontrakt? Może kochanek? Pędzą oni wszyscy do swych mordorów jak się tu mówi na biurowce.
Migają też śniade twarze Zwiadów i Ahmedów z Kukazu. I jeszcze ciemniejsze. Abdulów z Bangladeszu i Varaparbarów ze Sri Lanki. Chyba, wyglądają jak ludzie z tamtej części świata. Jest multietnicznie, jak w dawnej, potężnej Rzeczpospolitej. Ma to swój urok. Zawsze trochę tęskniłem za taką Polską. Urok, urokiem, zastanawiam się co łączy tych wszystkich ludzi? Pieniądze? Pieniądze dziś są, jutro ich nie ma. Ekonomiści straszą, że kryzys z 2008 może wrócić z siłą jeszcze większą. Powstanie? To ważne, ale dla Polaków i to nie wszystkich. Wielu przecież korpoludków głęboko gardzi polską tożsamością, wszelka historia to dla nich niepotrzebny balast. Uważają się za obywateli świata, albo uważają się za poddanych korporacji dla których pracują. Tym bardziej niewiele znaczą jakieś dawne polskie wojny dla Mohameda, który nad Wisłę trafił z delty Gangesu. Jeździ na swoim motorku z torbą pełną jedzenia dla Polaków z mordorów. Mieszka tu, wykuwa polskie PKB. Równie dobrze mógłby robić to w Londynie, Amsterdamie czy Berlinie. Skoro pieniądze to łącznik względny (dziś są, jutro ich nie ma), a dawne wojny i powstania to spoiwo, które spaja tylko część, to czym jest ta aglomeracja? Zbiorem wolnych atomów?
Warszawa ciemna, Warszawa jasna, Warszawa wyobrażona
Zły ma Warszawa PR tam daleko, na moim Podkarpaciu. Zawsze tak było, odkąd sięgam pamięcią. Narada (i libacje) w Magdalence i strzelanina w Magdalence. Bazar Europa, porachunki Pruszkowa z Wołominem – zbójecka legenda mojego dzieciństwa . Potem Stolica kojarzyła się też nie lepiej. Typowy Warszawiak? Stereotypowy obraz był fatalny. Buc robiący karierę po trupach. Gotowy rozdeptać wszystkie inne ścigające się z nim szczury. Szczególnie te mówiące tym samym co on językiem. Wykorzeniony z tożsamości, niewierzący w nic poza własnym portfelem i własnymi orgazmami. Nie przyznający się, że pochodzi z Wólki Brziezinowej na Podlasiu. Chłopiec-tinderowiec zaliczający w każdy weekend kolejną samicę. Aktywny 24 h na dobę dzięki wciąganiu kolejnych dawek stymulantów. Wściekle nienawidzący Starca z Żoliborza i jego tragicznie zmarłego brata. Bo ów starzec i jego Ś. P. brat przypominają mu ciagle o tym, że istnieje inna Polska. Polska pozawarszawska. A skoro istnieje taka Polska to istnieje i Podlasie z którego kiedyś wyjechał, więc wcale Warszawiakiem „z dziada, pradziada” nie jest. Jest „tylko„synem mechanika samochodowego i nauczycielki z Wólki Brzezinowej.
Była jednak i jasna legenda. Warszawa – Miasto Bohater. Stolica Polski. Okęcie, drapacze chmur, metro – Warszawa dzieciństwa. Później, po 2012 (między latami 90-tymi, a 2012 chyba ani razu tu nie byłem) jawiła się jako miasto fajnych ludzi, choć innych niż my ludzie z innych części kraju. Skoro fajni ludzie to i fajne imprezy i fajne knajpy. Warszawa była też miastem Hłaski, Grzesiuka i Trymanda. Dawała się lubić choć z dystansem. Byłem tu zawsze gościem, człowiekiem w drodze, turystą. Stolica była czymś dziwnym, egzotycznym. Jak kraj obcy i przez to niezrozumiały. A teraz mieszkam na jej przedmieściu. Jestem jej częścią. Do pewnego stopnia, choćbym mieszkał tu dziesięć lat to zawsze powiem, że jestem „z Podkarpacia”. Jednak trochę jestem już stąd. Tak jak jestem trochę z Kijowa, Krakowa, hrabstwa Devon. Muszę więc ją zrozumieć. Postarać się. Może się polubimy?
A góralom żal…
I te poranne tłumy, ludzką rzeką wlewają się na perony, z peronów w wagony. Ludzka rzeka wleje się za kwadrans, do dwóch, w ludzkie morze wielkiej metropolii. Moje oczy skrzyżowały się, któregoś ranka z oczyma jakiegoś Kaukaza. Patrzyliśmy się na siebie kilka sekund. Chyba się zrozumieliśmy. Obaj chcielibyśmy w tej chwili zobaczyć swoje góry. Ja łagodne fale Beskidu, Pogórza, nieco ostrzejsze w kształcie połoniny Bieszczad. On jego Kaukaz tnący niebo zębami cztero i pięciotysięczników. Potem każdy odwrócił wzrok, z ludzkim potokiem wbił się do wnętrza wagonów. Ruszyliśmy ku Warszawie. Miasta na wielkiej, płaskiej równinie. Daleko od gór.
