Dajcie grosza dziadowi, dajcie grosza wiarusowi!


Korba liry obracała się miarowo, głos dziada hipnotyzował tłum zgromadzony w sieni u starego Władysława. Ludzie widzieli niemal to co dziad im śpiewał. W tej własnie chwili byli jakby po części w chacie Władka,a po części nad rzeką Berezyną. Daleko, daleko na wschodzie. Pod wodzą wielkiego cysorza Napoljeona wychodzili z zasadzki jaką przygotowali jenerałowie cara Aleksandra. Słyszeli palbę karabinów, huk harmat, jęki rannych, rżenie koni, trzask kry i plusk wody. Pogoda pomagała dziadowi w snuciu tej opowieści. Za oknem zerwał się wicher i rozpętała się mokra listopadowa śnieżyca.

–diabły tancujo! Szepnął Wojciech do ucha Bartosza.

Bartosz nachylił się nad Wojciechem

–Nie kumie, to pewnikiem duchy tych co wyginęli we wojnę w Moskwie pokutujo!

–Durnyś kumie, za co oni majo pokutować, skoro nim pomarli się namęczyli i czyściec mieli przede śmierciom? Odburknął na to Wojciech i podkręcił wąsa.

A dziad-wiarus grał i deklamował dalej. Nie wymyślał, nie bajał, starczało mu wspomnień by mieć co opowiadać. Zaczął więc kolejną pieśń. Praga Warszawska! Jeśli odwrót z Moskwy był piekłem, to szturm Pragi jego wewnętrznym kręgiem. Lirnik zaczął spokojnie od cichej choć zimnej i mglistej nocy. Potem zabiły werble, rozległo się straszliwe „Uraaaaa!!!!!!”. Moskiewskie pułki runęły wśród gwałtownego huku armat na niskie szańce polskie. Wały zasypano wiązkami faszyny, przez wyrwy i po drabinach wdarli się Moskale do miasta. Zaczęła się bitwa nieludzka na ulicach. Drewniana zabudowa szybko zmieniła się w ogniste inferno. Nie brano jeńców, nie szczędzono nikogo. Każdy szedł pod kozackie szaszki, sołdakcie bagnety, piki Baszkirów, łuki Kałmuków. Tu garstka Litwinów, chłopców od jenerała Jasińskiego, z bagnetami na sztorc nastawionymi, z ostatnimi ładunkami w pasach, broni się do końca w zaułku. Otoczyła ich wściekła, a liczna zgraja sołdatów. Nasi stoją w kręgu, plecami do siebie. Jako dziki przez wilki otoczone. Odgryzają się. Co który Moskal zanadto się zbliży, rachi ciach – pada na stos trupów. Nasi też padają sami coraz gęściej. W końcu Moskale przytaczają harmatę w zaułek. Błyska z jej paszczy kartaczowy ogień. Gdy dym opada niewielu naszych stoi na nogach. Krąg rozerwany. Wpadają więc z w jego resztki sołdaci. Wyją jak upiory. Rzucają się dziesięciu, dwudziestu na jednego. Ostatni żołnierze Rzeczpospolitej są rąbani, rozsiekiwani na malutkie sztuki. Lirnik idzie gra dalej, obrazy coraz to straszniejsze przedstawia. W nich dzicy Baszkirzy i Tatarowie prowadzą na arkanach nagie dziewczęta. Hańbią je, potem tratują swymi małymi konikami. Śmieją się przy tym tak straszliwie, że rzekłbyś czorty wylazły z podziemi by uczynić piekło na ziemi. W nich ojciec i maż broni przed sołdatami swej żony i swe dziatki. Ma tylko drag. Kładzie trupem dwóch, lecz kolejni dźgają go bagnetami. Żyje jeszcze, gdy jego dziatki wrzucane są w płomienie. Żona gwałcona, a później krzywymi nożami krojona. Pieśń płynie dziadowska. W nich sołdaci grabią kościółek drewniany, zrywają złote wota, rzucają do sakw kielichy drogocenne i srebrne ampułki. Po czym zapędzają do wnętrza tłum niewiast i dziatek. Inne gwałcą i krzyżują do ścian. Okrutnicy ryglują wrota. Jeden przynosi beczkę smoły. Inny pochodnię. Noc już w pieśni zapada nad Pragą. Ciemna, mroczna, jesienna. A jasna przy tym zupełnie. Piekielnym światłem powszechnego pożaru. Krew spływa ku Wiśle, szumią czerwone strumyki. Widać w świetle pożarów, że woda w rzece czerwona. Lirnik śpiewa, opowiada. Baby płaczą, chłopy pomstują. Atmosfera robi się jednocześnie ciężka jak i wybuchowa. Niepokój przenika izbę. Jak dreszcz. Zimno się robi pod chłopskimi kożuchami. Włosy stają niektórym dęba. Nagle potężny podmuch otwiera drzwi do chaty , zdmuchuje świece, wtłacza tumany śniegu.

–Jezuuuus! Mariaaaa!!! Ludzie chórem zakrzyknęli wzywając Siły Światłości do obrony przed Lucyperem i jego piekielną czeredą.

–Dobre ludzie cichejcie, cichejcie !!! – w ciemności rozległ się znów głos dziada. To pewnikiem diabli włóczą duchy złej carycy Katarzyny i okrutnego Suworowa. Pewnie, który zahaczył kopytem, albo ogonem. Wy się nie bójcie. Matka Boska nas ochroni. Skrzesajta jakowego ognia, ino spokojnie. Bede wom groł i bede wom śpiewoł. Com widzioł, com słyszoł, w lata mojej wojaczki. Dejcie grosika dziadowi! Dejcie strawy wiarusowi!

Po chwili błysnęły ogniki świec, a śpiewak zaczął wyśpiewywać kolejną opowieść.

P.S.

Dziś mija dokładnie 225 lat od szturmu i rzezi Pragi Warszawskiej. Za to niebawem 207 rocznica przeprawy Wielkiej Armii Napoleona (a raczej tego co z niej zostało) przez Berezynę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *