Ostatnia taka wojna
Po drugiej stronie lustra
Przed frontem natarcia, w awangardzie idą najmłodsi basydże – żołnierze pospolitego ruszenia. Idą dumnie, z pogardą śmierci. Ich młode twarze oświetla srebrny blask księżyca i zielone światło irackich flar. Na szyjach mają zawieszone „kluczyki do raju”, na głowach czerwone opaski oznaczające, że niedługo staną się szahidami. Pamiętają przemówienie komendanta:
Wojna trwa już zaś szósty rok. Musi w końcu zakończyć się zwycięstwem nad bezbożnym agresorem Saddamem i jego sojusznikami! Sojuszników ma zaś mocnych. Z USA i ZSRR na czele! Lecz to dzieci Ciemności a My jesteśmy dziećmi Światłości! Trzeba wyzwolić Nadżaf i Karbalę, a potem Jerozolimę! Najpierw trzeba brać szturmem Basrę! Tamtędy idzie droga do Jerozolimy! Życia nie szkoda na ten cel! Bóg jest Wielki! Bóg jest Wielki!
Przemówienie, haszysz, bojowe pieśni i modły, łopot proporców wprawiły ich w bojowy trans. Nie lękają się szatanów – Iraku, USA, Sowietów, Izraela. Nie mają broni, ich bronią są tylko symboliczne noże bojowe i ich nogi. Są… żywym trałem minowym. Ich buty zdetonują miny przeciwpiechotne. Żołnierze Saddama ich zauważyli, gdy byli mniej więcej w połowie nasypu rozdzielającego mokradła. Nad ich głowami rozrywają się białe chmurki szrapneli. Rozległ się przeciągły dźwięk gwizdków, ozwały się bębny a niebo przecięły jasnoczerwone rakiety. Z okrzykiem „Allahu Akbar! zaczynają szalony bieg. Bez zmęczenia i strachu, z metą w islamskim raju. Tak właśnie się czują. Większość jest w tej minucie jeszcze formalnie żywa, ale są już po drugiej stronie lustra. Wszyscy zginą w ciągu najbliższego kwadransa. Po nich, martwych i konających, przejdzie druga fala natarcia. Basydże i pasdarani – strażnicy rewolucji. Ci też są słabo uzbrojeni: kałasznikowy, powtarzalne karabiny, niekiedy granatniki. Muszą uchwycić przyczółek na drugiej stronie grobli prowadzącej przez rozlewiska delty wielkich rzek Mezopotamii. Muszą oczyścić przejście z min przeciwpancernych. Dopiero wtedy przejdą lepiej uzbrojone oddziały pasadranów i regularnej armii irańskiej. Czołgi, transportery, pick-upy z wyrzutniami kierowanych rakiet przeciwpancernych. Sprzętu ciężkiego, nowoczesnej broni, Iran ma mało, ludzi za to całkiem sporo.
Po 1988
Po zakończeniu wojny iracko-irańskiej nie było już podobnych konfliktów. Symetrycznych starć między dwoma państwami uznanymi na arenie międzynarodowej. Owszem zdarzały się konflikty międzypaństwowe. Serbia walczyła z Chorwacją. Jednak głównie nieoficjalnie. Wszyscy wiedzieli, że Belgrad wysyła broń, pieniądze, ochotników i najemników do Bośni i Krajiny. Wszyscy wiedzieli też, że Chorwatów z Hercegowiny wspomaga Zagrzeb. Oficjalnego starcia Zagrzeb-Belgrad jednak po 1991 roku nie było. W tej samej epoce na Zakukaziu ścierały się dwie postsowieckie republiki -Armenia i Azerbejdżanem. Formalnie była to jednak powstanie Ormian z Górskiego Karabachu. Drugi raz oba państwa zwarły się w 2016. Wtedy starcia trwały zaledwie cztery dni. Była to raczej demonstracja politycznej determinacji, oraz swego rodzaju „manewry z ofiarami śmiertelnymi”. Ani Baku, ani Erewań nie mają ochoty na „pełny test” swoich armii. Podobną demonstracją była pakistańsko-indyjska tzw. wojna kargilska toczona wysoko w Himalajach wiosną 1999 roku (https://chutornik.pl/2017/03/indyjski-wojownik-w-karakoru/ ). Była jeszcze dwuletnia, bardzo krwawa i zacięta wojna Etiopii z Erytreą toczona w latach 1998-2000. Więcej dłuższych, pełnoskalowych wojen między dwoma lub więcej krajami o zbliżonych potencjałach po 1988 nie było. Wojen USA z Irakiem czy Rosji z Ukrainą i Gruzją oczywiście nie można też zaliczyć do symetrycznej wojny międzypaństwowej. To raczej imperialne ekspedycje karne, co nie znaczy, że wszystkie szły gładko.

Pod wieloma względami wojna iracko-irańska przypominała I wojnę światową.
Proxy – war
Nie oznacza to, że państwa ze sobą nie wojują. Toczone śa więc proxy-war – wojny zastępcze. Libia, Jemen, Syria to pola bitew dla Rosjan, Turków, Persów, Saudów, Izraelczyków, Amerykanów i innych mocarstw. W Afganistanie Talibowie otrzymywali broń i pieniądze z różnych źródeł. Rebelianci z Kaszmiru mają poparcie wojskowych z Islamabadu. Kongo stało się na przełomie wieków miejscem konfrontacji ambitnych krajów Afryki jak i ich skarbnicą. Persowie zbombardowali w 2006 roku miasta Izraela rakietami wystrzelonymi z Libanu. Libański Hezbollah jest bowiem „długim ramieniem” Iranu.
Strategia ścierających się w proxy-war mocarstw? Dostarczać broń, pieniądze, doradców, ochotników, najemników. Jeśli trzeba i można jakiś korpus ekspedycyjny. Byle nie angażować się w 100% ani nawet w 50%. Tak jak zaangażowały się w konflikt Irak i Iran w latach 80-tych XX wieku. Koszty? Milion poległych żołnierzy i wydatki zbrojeniowe, które zrujnowały ekonomię obu krajów. Efekty? Remis strategiczny. Saddam Husajn nie opanował bogatej w ropę i gaz prowincji irańskiej Chuzestan. Rudollah Chomejni nie obalił „Szatana z Bagdadu„, ani nie rozlał islamskiej rewolucji w jej szyicko-irańskim wydaniu na islamski świat. Przy takich stratach remis jest klęską. To była ostatnia taka wojna, a może przedostatnia? Może kiedyś, za rok, za dekadę, sytuacja wymknie się spod kontroli i dojdzie do prawdziwie wielkiej wojny międzynarodowej? Tego nie wiemy. Oby nie była to wojna, której jeden z frontów będzie biegł między Bałtykiem a Morzem Czarnym.
Na fotce – nastoletni żołnierz formacji basydżów z czasówj wojny Iranu z Irakiem. Źródło fotografii we wpisie – Wikipedia.
P.S.
Amerykański wódz, który pokonał Irak w 1991 szydził mówiąc, że „Saddam nie był ani generałem ani żołnierzem”. Nie czując specjalnej sympatii do „Rzeźnika z Bagdadu” muszę stwierdzić, że Amerykanie padli ofiarą własnej pychy. Zwycięstwo ich armii w 1991 roku to była wygrana na zasadzie „trzech funkcjonariuszy obezwładniło agresywnego kibola”. Tak się robi, ale żadna to wielka sztuka. A obronienie się przed naporem Iranu to już co innego. To taka walka dwóch chuliganów jeden na jeden. I Husajnowi się udało nie być znokautowanym. W 2003 roku Amerykanie padli ofiara własnej pychy. Wsadzili chuligana na dołek i na szubienicę. Okazało się jednak, ze chuliganów na tym osiedlu jest więcej. Z Irackiego mokradła nie mogą do końca wyjść do dziś. Irak i Afganistan to dla Amerykanów XXI wieczne odpowiedniki Wietnamu.