Robinsoniada, albo Złote Przeboje Radia Nowy Rzepnik
Wszyscy już odjechali. Nawet Wayne wsiadł na swój rover[1] i wrócił do siebie. W dół wzgórz, do portu, między mewy i ludzi. Sierżant i Don Diego siedzą już na Glaston. Kornawalijczycy pojechali na swój koniec świata. Zostaję sam w Nowym Rzepniku. Jak Robinson na swojej wyspie, pustelnik w eremie. Jest absolutna cisza. Robię sobie drzemkę. Był to zaprawdę easy day[2], ale nie zaszkodzi przecież podrzemać. Zbierać siły na ewentualne sztormy lipcowe. Budzę się po kilku kwadransach. Gotuję ziemniaki. Cisza dźwięczy w uszach coraz bardziej. Przerywa ją co prawda beczenie edkowych baranów na stoku poniżej naszej wioski na kółkach. Słychać też kwilenie myszołowa. Szumią delikatnie drzewa. Tak, ta cisza nie jest absolutna. Pełno dookoła dźwięków, ale zawsze są to tylko odgłosy przyrody. Brakuje muzyki cywilizacji. Warkotu silników, rozmów ludzkich. Ziemniaki lądują w misce. Zalewam je kefirem. Danie to proste, chłopskie, szybkie i tanie stawiam na wielkim, okrągłym stole. Stół ten od paru lat jest stałym rekwizytem naszej świetlicy zakładowej. Dziś jestem jej jedynym klientem. Królem Arturem bez rycerzy. Wczoraj było zresztą tak samo. Jutro będzie podobnie. Jem więc samotnie góralskie danie, patrząc na zielone wzgórza na których pasie się wielkie stado owiec. Zachodzące słońce barwi runo owiec w złoty kolor. Później ich futra stają się czerwone jak korale karpackich góralek. Czerwona kula słońca znika powoli znika za wzgórzami. Z głośników leci Sisters of Mercy. W tej robocie najfajniejsze są nie funty, ale odcięcie od normalnego życia i wtopienie w przyrodę. Znikasz w niej. Zaczynasz żyć jej rytmem. Może nie całkowicie, ale w bardzo dużym stopniu. Niedostępnym w cywilizowanym życiu. I dziś jest tak samo, a nawet, dzięki tej samotności, mocniej. Jedyny kontakt z cywilizacją w tym momencie to Nick Cave. Teraz to jego głos dobywa się z głośników. Otwieram „Brodacza”[3]. Specjalnie chłodziłem go w lodówce, a tuż przed obiadem z zamrażalce. Na betonowym placu między storem, a caravanami ląduje Tadeusz[4]. Rzucam mu kawałki ziemniaków. Zjada ze smakiem. Liski dziś nie przyszły, ich nieobecność zaczyna mnie martwić[5]. Z głośników leci Kavinsky.
Powoli zmierzcha. Sajder trochę mnie usypia. Idę w głąb magazynu, gdzie jest usytuowany prysznic. Gdy wracam jest już prawie noc. Myję garnki, gaszę światła, brama wjazdowa opada w dół jak kurtyna w teatrze. Zmykam do caravany. Zapalam ogień pod czajnikiem. Płomień jest intensywnie niebieski. Księżyc intensywnie srebrny. Słychać pohukiwanie sowy i porykiwanie jelenia. Piję jeszcze ostatnią dziś kawę. Czarną, fusiastą, robociarską. Z dwoma łyżkami białego cukru. Oglądam „Bitwę o Iwo Jimę”. Dokument zrobiony przez Discovery. Archiwalne filmy, rekonstrukcje, wspomnienia weteranów. Kawa w końcu przestaje działać. Film też się kończy. Oglądać jeszcze coś? Nie, jednak nie dziś. Palę ostatnie dwa papierosy na progu mojej chatki, patrząc na srebrny księżyc. Jest spokojnie. Kiedyś, w pierwszych sezonach, gdybym został sam na Nowym Rzepniku to dręczyły by mnie różne tęsknoty. Za krajobrazami, za ludźmi, za kobietami, za seksem, za cywilizowanym życiem. Teraz, gdy jestem starszym tenterem czuję spokój. Poszły dziś w górę trzy małe klasyki[6] i dwie framki. Dziewiątka i szóstka[7]. Pogoda była piękna, ziemia niezbyt twarda. Jestem zdrowy, jestem najedzony. Czego chcieć więcej? Cisza, sowa pohukuje, mignął cień Nieuchwytnego[8]. Srebrne chmury przelatują przez srebrny księżyc. Wszystko w srebrze. Srebrna cisza. Słucham tenterskich przebojów z poprzednich sezonów. Na koniec leci „Brąz i złoto” Stranglersów. I w tym hipnotycznym rytmie kładę się spać. Rano budzi mnie krzyk Andrzeja[9]. Czerwona kula wschodzi zza wzgórz. Przychodzą pierwsi ludzie. Najpierw, jak co dzień, Gruby i Black Jack. . Kończy się moja wieczorno-nocna robinsoniada.
[1] Rower – Wayne jeździ wielkim pick-upem marki Lange Rover.
[2] Easy day – łatwy, lekki dzień.
[3] Brodacz – cydr Henrry Westons. Cydr o głębokim, owocowym smaku i dużej mocy %.
[4] Tadeusz – gołab grzywacz gniazdujący obok storu. Nazwał go tak Don Diego w czasie, gdy miesiącami był jednym lokatorem w Nowym Rzepniku.
[5] Liski – w tym czasie przypałętały się nam dwa małe liski. Podjadały resztki jedzenia. Później znikły. Jeden prawdopodobnie wpadł pod auto, drugi nie wiadomo. Mam nadzieję, że dorósł i żyje.
[6] Klasyk – namiot typu klasycznego, inaczej tradycyjny.
[7] Framka dziewiątka i szóstka – namiot framowy zbudowany jest z łączonych ze sobą aluminiowych elementów i plastykowego okrycia. Namioty tego typu są coraz bardziej popularne w Polsce.[8] Nieuchwytny – jeden z okolicznych kotów.[9] Andrzej – bażant ochrzczony tak przez Don Diega.
Na fotce – jako młody tenter, VII 2014 roku.

