Przedwiośnie


Ok. Co miałem napisać o „Koronie z Wuhanu” to i napisałem. Starczy na razie tego pisania (pomniejsze komentarze sytuacyjne znajdziecie tutaj – . https://www.facebook.com/Chutornik-z-dorzecza-Wis%C5%82oka-733039423393752/ ). Dziś coś weselszego. Przedwiośnie na Podkarpaciu -wspomnienia z przełomu XX/XXI wieku moją ręką spisane w marcu roku 2020. #TakByło i to nie jest Prima Aprilis bo 1 IV dopiero jutro 😉

Rytm obrzędów

Zaczynało się od Popielca. Surowemu obyczajowi posypania głowy popiołem w świątyni towarzyszył surowy krajobraz drogi do kościoła. Zwykle w Popielec było jeszcze pełno śniegu. Do pół łydki, po kolana. Bywały jednak i takie Środy Popielcowe, gdzie ze śniegu zostawały tylko nędzne resztki. Gdzieś w bruzdach, w jarach zacienionych zalegały białe pasma. Z nieba siąpił przedwiosenny deszcz, nad łąkami i oraniskami unosił się mokry opar. Szło się jednak zawsze tą samą drogą. Do końca Malinowej. Dalej wchodziło się w Jasną i koło GS-u, gdzie przechodziło się przez Jana Pawła/1 Maja. Wchodziło w Kochanowskiego, skręcało w Długą. Za Wielkim Dębem schodziło śnieżną/błotnistą ścieżką z pagórka zwanego Panciunią i przechodziło mostek na rzeczce zwanej Małka. I było się już prawie w kościele. Najpierw starym, a potem nowym. Bo w Turaszówce są dwa kościoły. ten nowy konsekrowano Anno Domini 1999. O ile czasu postny zaczynał się od Środy Popielcowej to jego rytm wybijały piątki i niedziele. W piątki odbywała się Droga Krzyżowa, zaś w niedzielę przed Mszą – Gorzkie Żale. Bardzo lubiłem te nabożeństwa, a szczególnie owe Gorzkie Żale. Przejmującą wibrację muzyki i potęgę barokowej poezji działała na dziecięcą wyobraźnię. Nie jest do poezja bardzo wyrafinowana. Jest prosta, pozbawiona wyszukanych metafor czy ukrytych znaczeń. Prosta, a mocna. Taka jak życie i śmierć Jezusa z Nazaretu. Stałym elementem religijnego życia na przedwiośniu były doroczne szkolne rekolekcje. Te akurat były raczej odskocznią od szkolnej rutyny niż duchowym przeżyciem. Nie wiem jak jest teraz. Pewnie tak samo.

Były odbywane i rytuały pogańskie. A konkretnie kultywowano obyczaj topienia Marzanny. Szliśmy z Marzanną- kukłą cała szkołą nad Wisłok. Na kładkę łączącą Turaszówkę z odrzykońskim Łęgiem. Kukła Bogini Zimy leciała w dół. W wzburzone wiosenne wody. Niknęła w kotłujących się wirach. Wypływała kawałek dalej i znów znikała. Bogini-Zima tańcząc młyńce wodne odpływała Wisłokiem do Sanu. Dalej do Wisły, by w końcu rozpłynąć się w falach Bałtyku. Gdy byłem trochę starszy to z kolegami mieliśmy inny sposób na Marzannę. Taki z chłopięco-sarmacko-słowiańską fantazją. Kukłę nie topiliśmy tylko podpalaliśmy. Prywatnie, po szkole. Rozpuszczalnikiem, denaturatem, benzyną. Ważne było to by buchnął wielki ogień i było dużo czarnego dymu. Przedwiośnie było w ogóle czasem ognistym. Szkodliwy zabobon mówiący, że wypalanie suchych łąk użyźnia ziemię był dawniej dość powszechnym. Szkodliwe, bo szkodliwe, ale te pożary były bardzo efektowne. Szczególnie gdy rozświetlały noce czerwonymi językami. Płonęły trawy – był to doroczny znak odchodzącej zimy.

Inną świecko-pogańską tradycją był Prima Aprilis. czasem wypadał przed Wielkanocą, czasem po. Zawsze jednak zobowiązywał to robienia dowcipów. Im bardziej „wkręciło się” kogoś tym było się lepszym żartownisiem. Dla młodzieży ważnym dniem był zaś Dzień Wagarowicza. Uciekało się wtedy ze szkoły w plener o ile pogoda dopisywała. Grupki młodzieży przesiadywały w nasłonecznionych miejscach. Z radyjek i magnetofonów leciała muzyka. W zależności od gustów stadka był to rap, pop, pankrok, hevimetal, poezja śpiewana, albo disco polo. Młodzież piła destylaty oraz piwo i wino. Wina młodzieżowe dzieliły się na rodzime i zagraniczne. Cenione rodzime marki to m.in „Bieszczady” zwane też „Kulawym Misiem„, „Patyk„, „Cavalier” czy „Baryłka Wieloowcowa„. Z zagranicznych popularna była węgierska „Kadarka” i bułgarska „Sofia„. Palono też papierosy. Czasem i konopie indyjskie będące nową używką i przez swą egzotyczność bardzo pociągającą. Szkoły starały się ten zwyczaj ucywilizować organizując w te dni wyjścia do kina czy organizując zawody sportowe. Ci co lubili wino i muzykę i tak szli później w ustronne miejsca by oddawać się wiosennemu obyczajowi.

Żurawie, przebiśniegi i niedźwiedzi czosnek

Mijały wielkopostne dni i tygodnie. Odchodziła z Karpat zima, nadchodziła nieuchronnie wiosna. Najpierw w podmuchach słonecznego, południowego wiatru znikała z niżej położonych rzecznych dolin i z śródgórskich kotlin. Duł ten wicher wiosenny od karpackich przełęczy. Wpadało przez nie, jak przez otwarte okno, ciepło z panońskich puszt. Dni były bezchmurne. Nocami niebo rozgwieżdżone bardziej niż zwykle. Migotały tysiące gwiazd . Widać było wyraźnie Mleczną Drogę po której dusze idą do Nieba. Wicher grał, gwiazdy lśniły, a czarne kontury drzew tańczyły malowniczo. Po wielkiej,słonecznej odwilży zaczynały padać ulewne deszcze. Zieleniła się trawa wesoło i wyskakiwały z ziemi pierwsze kwiaty. Najpierw przebiśniegi – zwiadowcy wiosny. Potem wszystkie inne. Żółte, błękitne, czerwone. Wybuchał w zaroślach nadrzecznych intensywnie pachnący niedźwiedzi czosnek. Pojawiały się bazie na wierzbach i kwitła żółto olsza. Budziły się zaspane zwierzęta. Od żab i jeży po niedźwiedzie. Ptaki zaczynały koncertować, a wysoko na niebie słychać było klangor żurawi. Klucz żurawi, niedźwiedzi czosnek i przebiśnieg to dla mnie najważniejsze insygnia wiosny.

Dni mijały i rzeki spływające w dół wzbierały. Zmieniały kolor. Pękały lody, spod ich tafli wyłaniała się ciemnogranatowa woda. Kry spływały z nurtem razem z kukłą Marzanny. Rzeki stawały się coraz szersze. Zmieniał kolor na khaki i nie mogąc się zmieścić w korycie wylewały podtapiając zarośla i łąki. Innym razem wezbranie wiosenne było spokojniejsze, a woda roztopowa miała kolor szmaragdów. Czy szaro-oliwkowa czy szmaragdowa wzbierała co roku. Był to znak, że słońce zaczyna topić śniegi w górach. Najpierw znikał w niższych partiach. Na odsłoniętych wzgórzach, na pogórzach. Potem roztopy szły coraz wyżej. W górę i w górę. Na Kamienie i Chryszczate, na Otryty i Jaworzyny. Z bukowych i jodłowych lasów spływały w dół strumyki szumiąc wesoło. Wzbierały od tych wartkich strumyków górskie potoki by tą masę wody wtłoczyć później wprost w ramiona górskich rzek. Tych większych i mniejszych. Po obu stronach wododziału robiło się coraz mniej biało, a coraz bardziej zielono. Tylko w głębokich jarach, w zacienionych paryjach, śnieg leżał długo. Do Wielkanocy prawie zawsze wszędzie było już nie-biało. Poza oczywiście najwyższymi partiami gór. Wyniosłe połoniny, szczyty Gór Sądeckich były białe nieraz i do maja. Tatrzańskie olbrzymy – do czerwca. Zima walczyła i niżej niż najwyższe szczyty. Nie dawała łatwo za wygraną. Jeszcze bywały dni kiedy nagła śnieżyca pokrył wszystko mokrą bielą. Jeszcze bywały dni kiedy trawa srebrzyła się szronem. Ta ciągła walka była wspaniałym spektaklem dla każdego wrażliwego na piękno przyrody. Szczególnie, gdy pogoda zmieniała się raptownie po kilka razy dziennie. Gdy idąc rano do szkoły widziało się srebrny szron na łąkach. Lekcje wuefu miało na wiosennej łące. Wracało zaś do domu wśród mokrej zadymki. Niekiedy jednak tej marcowej zimy było niewiele. Wiosna zaczynała się szybko. Zieleń wybuchała niemal natychmiast z zimowej bieli. Wielkanoc przypominała, meteorologicznie, lato. Długa zima skutkowała zaś tym, że krajobrazy przywodziły na myśl raczej Boże Narodzenie. Różnie to bywało z tą pogodą na przedwiośniu. To pora roku urozmaicona i w tym jej urok.

Przedwiośnie to był czas wyjścia w pole. Najpierw trzeba było rozrzucić nawóz. Ten ekologiczny najpierw. Nieco później rozsypywało się ten fabryczny. Jechało się więc w pola z fura gnoju. I rozrzucało widłami. Z przyczepy traktora, z wozu ciągniętego przez trójkołowiec, z sań zaprzężonych w konia. Potem przychodził czas wiosennej orki. Pługi ciągnięte przez konie lub traktory rozcinały mokra ziemię. Był to czas zasiewów jarych. Ozime zboża zieleniły się zaś zaraz po zejściu białej pierzyny. Wypuszczano z stajni gospodarskie gadziny. Najpierw wyłaził śmielej ku słońcu drób. Później krowy, kozy i owce wypędzano ze stajni na pastwiska. Ryczały, meczały i beczały radośnie ciesząc się słońcem i wiosenną trawą. Koty wiejskie chwytały słońce grzejąc pyszczki nie zważając na szczekanie podwórkowych psów, albo ruszały na marcowe wędrówki. Wróble ćwierkały, sroki skrzeczały, szczebiotały szpaki wracające z ciepłych krajów. W górskie lasy ruszyli w tym czasie, mniej więcej, zbieracze poroży. Praca ta

Wielki Tydzień

Zaczynał się w końcu Wielki Tydzień. Najpierw musiał jednak skończyć Post. Końcem jego była Palmowa Niedziela. Jak sama nazwa wskazuje święcono w tym dniu palmy. Jaka palma wielkanocna jest każdy widzi. Pewnie jednak nie wiecie, że zjedzenie bazi z takiej palmy chroni przed anginą (może i przed coronawirusem?) a na kościelnym chórze, między chłopami siedzi w tym dniu diabeł. Tylko go nie widać bo jest niewidzialny. Jak to diabeł. Czemu akurat w Niedzielę Palmową? Tego nikt nie wie.

Wielki Tydzień zaczynał się tak naprawdę w Wielki Czwartek wieczorem. Wcześniejsze dni – poniedziałek, wtorek i środa mijały na świątecznych pracach. Myciu okien, zamiataniu podwórzy, robieniu zakupów, pieczeniu placków. Sporo czasu zajmowało też stanie w długich kolejkach do konfesjonału. Dopiero Wielkoczwartkowe popołudnie zmieniało nastrój. Uroczysta Msza Święta kończyła się przeniesieniem Pana Jezusa do ciemnicy. Wśród śpiewów i terkotania kołatek się to odbywało. Wychodziło z kościoła po tej Mszy w ciemności wielkoczwartkowej nocy. Przez księżyc w pełni przemykały chmury. Dokładnie tak jak na oleodruku „Pan Jezus w Ogrójcu„.

Następny dzień mijał na świątecznych porządkach. Nie wolno było w ten niezwykły piątek robić niektórych czynności. Na przykład trzepać dywanów (bo przypominał to biczowanie), wbijać gwoździ ani bawić się ostrymi narzędziami. Trzeba było też pościć o chlebie, herbacie i śledziu. Koło południa jechało się, albo szło do kościoła na modlitwę przy Grobie Pańskim. Wracało do domu na śledzia z chlebem i solą i czekało na godzinę szesnastą minut trzydzieści. To był czas kolejnego wyjazdu do świątyni. Popołudniowe nabożeństwo zaczynało się, jak co roku, o siedemnastej. Trwało długo. Najświętszy Sakrament na samym jego końcu uroczyście przenoszono do Grobu Pańskiego. Przy grobie stawała straż złożona z strażaków OSP. Mieli symbolizować legionistów rzymskich choć wizualnie przypominali raczej hybrydę listonosza, obrońcy Verdun i szwajcarskiego najemnika z późnego średniowiecza.

Wielka Sobota to oczywiście Święto Koszyczka. Spełnić ten odwieczny rytuał przychodzili nawet starzy komuniści, bezbożnicy i pijacy. Wracając z koszyczkiem należało okrążyć dom trzy razy. W kierunku przeciwległym do ruchu wskazówek zegara. Czemu? Kto go tam wie. Zwyczaj odwieczny po prostu. Tak trzeba i już. Reszta soboty mijała spokojnie. Malowanie i skrobanie pisanek, podkradanie kiełbasy, włóczenie się po pachnących wiosną polach. Wieczorem zaś znów udawano się do kościoła na Wigilię Paschalną. Święte ognisko, psalmy, kolejne czytania, płonący Paschał – zdecydowanie była to najbardziej widowiskowa uroczystość Wielkanocna.

Zaraz po północy ciemność rozrywał huk petard i karbidowych bomb. Przed świtem rozdzwaniały się rezurekcyjne dzwony. Rezurekcja – wspaniałe liturgiczne theatrum zwieńczała procesja i gromkie Te Deum. A potem już tylko świętowanie! Chrzan, kiełbasa, szynka, sałatki i oczywiście jajka. I cmentarze by nie zapominać o tych których nie ma, ale przecież Zmartwychwstaną. Z wielkanocnych wizyt na cmentarzach najsilniej utkwił mi w pamięci cmentarz w Jaśliskach. Otoczony amfiteatrem gór, zjawiskowo piękny wiejski cmentarz karpacki. Ważnym elementem Wielkiej Niedzieli było tez oglądanie ekranizacji sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Jeśli na Boże Narodzenie leciał w telewizorze „Pan Wołodyjowski” to na Wielkanoc puszczano „Potop” i na odwrót. Od roku 2000 do tego zestawu „Ogniem i Mieczem„. Oglądało się je co roku. Pod jajka z majonezem i chrzanem, pod świętą kiełbasę i świąteczną wódkę. Do dziś, gdy widzę Daniela Olbrychskiego czuję w ustach posmak święconki.

Młodsi chłopcy bawili się karbidem. A cóż to jest ów karbid i karbidowa bomba? Dawniej acetylen – gaz potrzeby spawaczom wytwarzano zalewając wodą acetylenek wapnia. Czyli karbid. Polany odpowiednią ilością wody karbid wytwarzał acetylen właśnie. Jeśli odpowiednio przygotujemy metalową puszkę, a potem wsadzimy do niej karbid, zalejemy go wodą i w odpowiednie miejsce przyłożymy zapałkę uzyskamy domowej roboty granat hukowy. Kanonada zaczynała się, jak już pisałem wyżej, zaraz po północy i trwała przez kilka dni.

Gdy zapadał świąteczny wieczór starsi chłopcy, ci co wyrośli już z karbidu, ruszali do zabawy. Na domówki, dyskoteki, festyny i ogniska. Wódka lała się gęsto, a muzyka ryczała głośno. Bawili się cłopcy dobrych liceów i chłopcy z hufa. Rezerwiści, którzy wrócili z woja i studenci którzy przyjechali na święta do domu. Dawniej tak bywało, że w Poście bramy dyskotek była na Podkarpaciu zamknięte. Żeby pogrzeszyć i poswawolić porządnie trzeba było czekać na koniec okresu pokutnego. Księża grzmieli przeciwko tym swawolom. Wszak w Wielkanoc powinno się myśleć raczej o Bogu niż o dziewuchach i flaszce, aleć młodość ma swoje prawa. Swawolono więc wieczorem i to nie tylko poprzez picie dużych ilości samogonu i gorzałki. Swawolono także z płcią przeciwną. Parki marcowały się na tylnych siedzeniach fiatów 126P, czinkłaczentów, polonezów i golfów. Gdy było dość ciepło to i na kocykach w lesie. Parki oczywiście damsko-męskie. Gejów jeszcze nie bywało zbyt dużo po siołach. Przedrostek „trans” kojarzył się zaś co najwyżej z transformatorem, transformersami, albo transatlantykiem. Po Wielkiej Niedzieli był jeszcze kościelny Wielki Poniedziałek będący jednocześnie pogańskim Śmingusem-Dyngusem. Oblewano się wodą, a szczególnie zaś oblewano nią dziewczęta. Chodzono na zabawy, odwiedzano rodzinę i znajomych. Weselono się, była już wiosna. Tak kończyło się przedwiośnie w dawnych czasach.