Sokół Księcia Kadranu cz.3
W namiocie
Po drodze odwiedziłem moich podwładnych. Oficerów Misji Wojskowej Jego Cesarskiej Mości Alfreda III. Potem pokłusowałem w strumieniach deszczu do mego nieodległego namiotu. Z ulgą wszedłem pod dach i zdjąłem mokre ubranie. Zzułem buty. Obmyłem wodą z misy twarz, stopy i ręce. Wicher wył, gwizdał i szarpał namiotem. Grzmoty rozrywały powietrze, deszcz siekł w dach i ściany. Słuchając pieśni burzy zasiadłem na misternie utkanym kobiercu. Masnur – przydzielony mi ordynans przygotował kolację. Herbata, suszone owoce, ser. Jadłem je powoli. Wypity miód trochę szumiał w głowie, byłem zmęczony. Od świtu kierowałem robotami. Kardańczycy mieli walkę we krwi, ale wiedzę o budowaniu redut nader słabą. Znacznie lepiej szło im ich zdobywanie wściekłym szturmem. W szykującej się bitwie potrzeba było jednak solidnych i przemyślanych polowych fortyfikacji. Nie była to już partyzantka. Wojna zagonów jazdy i nagłych nocnych ataków na izolowane forty.
Po kolacji ostrzyłem w milczeniu swoją broń. Najpierw kardańską szablę zwaną szaszgar. Była to wspaniała broń. Klinga lekko zakrzywiona i dość wąska. Ostra a jednocześnie odporna na złamania. Długo przekuwana przez kowalskich mistrzów. Głownia przedstawiała łeb sokoła. Sokoła Rakoczarich – broń ta była prezentem od księcia. Nagrodą za odwagę wykazaną w bitwie w wąwozie Rzeki Srebrnego Jednorożca. Swoją pierwszą szablę także skrupulatnie wyostrzyłem. Potem przyszła pora na zabawę z kardańskim nożem bojowym zwanym jatagar. Długi jest ten nóż zwykle na 3/4 łokcia sziwarskiego i lekko zakrzywiony. Dobry w walce pieszej, w ścisku, na wałach. Na końcu przyszła pora na myśliwski nóż migar. Wszystko to czyniłem w migotliwym blasku świec powoli spalających się w szklanych latarniach polowych. Mansur zrobił jeszcze jedną herbatę i poprosił o pozwolenie na sen. Machnąłem dłonią na znak, że zezwalam. Położył się i nakrył kocem. Ja zaś zanurzyłem wargi. Lubiłem ten napój. Wyrabiano go z liści krzewu rosnącego na wzgórzach spadających na nadmorską nizinę. Poprawiała nastrój, rozgrzewała ciało. lekko gorzki smak orzeźwiał umysł. Dolałem do kubka nieco gorzałki. Zrobiłem się jeszcze bardziej senny. Zdmuchnąłem płonące knoty i runąłem na posłanie.
Sen pierwszy – zasadzka
Nocą śniła mi się kardańska wojna. Najbardziej krwawa i najbrutalniejsza wojna w jakiej brałem udział, a była to moja wojna czwarta. We śnie odtwarzają się wspomnienia. Najpierw, zaraz gdy zamknąłem oczy przybyło ku mnie pierwsze zwycięstwo. Zasadzka w wąwozie rzeki Aramar Hani Kar. Aramar Hani Kar co znaczy Rzeka Srebrnego Jednorożca. To było wiosną, dwa lata temu. Był kwiecień. Widziałem we śnie słońce tańczące w młodych bukowych liściach. I Regiment Niebieskich wchodzący w zieloną paszczę pułapki. Falowały łany ich bagnetów, żołnierskie buty stukotały o kamienie gościńca. Tysiąc i pięćset chłopa skazanych było już wtedy na śmierć choć jeszcze o tym nie wiedziało. Co prawda z przodu wysłali zwiad konny. Mały oddział jazdy pilnował tyłów, a lekka piechota boki kolumny. My jednak zajmowaliśmy stanowiska o wiele wyżej, za skłonem wzgórza. Nie widzą nas. Nie widzą, ani nie słyszą, aż powietrze rozrywa salwa. To jegrzy – strzelcy wyborowi strzelają do oficerów wroga. Byli ukryci nieco niżej i doskonale zamaskowani. Padają, martwi lub ranieni, oficerowie jadący konno. Byli łatwo rozpoznawalnym celem. Jegrzy zaś rzadko chybiali. Trafionym jest też chorąży regimentu a bojowy proporzec padł na ziemię. Po salwie cztery tysiące górali rusza w dół. Jak ryś skaczący z konara na sarnę by złamać jej kark i rozerwać szyję. Lecę razem z nimi w dół. Jestem podniecony walką, nieustraszony. Z nabitym bandoletem w jednej ręce i szablą w drugiej biegnę w dół. Wywracam, nużam w mokre bukowe liście. Powstaję i biegnę dalej. Cały czas w dół jaru. Krzyczę jak dzika bestia. Niebiescy się ostrzeliwują, ale na próżno. Dopada ich lawina kardańskiego gniewu. Wybucha intensywna, krwawa walka w ciepłym słońcu. Strzelam do pierwszego wrogiego żołnierza jaki napatoczył . Z bliska. Prosto w twarz. Natychmiast w po tym wznoszę do góry szablę. Obrót, sztych, zastawa, cięcie, cięcie, zastawa! Czas znika. Każda chwila trwa wieczność. Wrogi sołdat zamachuje się na mnie, mknie ku mnie śmiertelne ostrze bagnetu. Widzę je dokładnie, powoli zbliża się do mojej piersi. Staram dać zastawę klingą szabli. Toporek kardańskiego górala uderza znienacka. Rozbija na pół jego czaszkę. Tryska krew, mózg i kawałki kości. Nieznany góral wyręczył mnie. Krzyczę do niego z radości. On już miażdży obuchem toporka kolejne czerepy. W drugiej trzyma jatagar. Ten też lśni na czerwono. Jest w bitewnym szale. Ryczy jak rozjuszony tur. Z ust toczy pianę. Ma pokrwawioną głowę , toczy krew z ciętej rany ramienia. W niczym mu to nie przeszkadza. Najwidoczniej nie czuje bólu ani zmęczenia. jest w furii, ale jednocześnie umysł musi mieć jasny bo jego walka nie jest bezładna. Wypił pewnie sporo słynnego bojowego wywaru kardańskiego. Daje on jednocześnie nadludzką siłę, szaloną odwagę, odporność na ból i znój, ale nie odbiera przy tym zdolności do logicznego, chłodnego myślenia.

Regularni jegrzy kardańscy.
Bitwa kończy się szybko. Odpoczywamy na stosie trupów. Ciężki jest nasz oddech. Długo leżę. Krew pulsuje w czaszce, słońce świeci w twarz przez zasłonę bukowych liści. Zapach wiosny i krwi roztacza się wokoło. Żaden z wrogich sołdatów nie przeżył. Rozkazy księcia były wyraźne – żadnych jeńców, rannych dobić. Strumyki krwi spływają do rzeki i barwią ją na czerwono. Jest w tym surowa sprawiedliwość, słuszna odpłata spadła na 91 Regiment Infanterski został w ten sposób ukarany za masakry i gwałty, których się dopuścił. Za karę został unicestwiony. Wybity do nogi nie licząc załogi małego fortu położonego u bramy wąwozu i rannych z tamtejszego lazaretu. Na nich pora przyszła dnia następnego dnia. Nie błagali o łaskę, wiedzieli, że nie będzie okazana. To oni zaczęli prowadzić wojnę po barbarzyńsku. Teraz otrzymywali odpłatę. Oko za oko, ząb za ząb.
Nad pobojowiskiem rozległa się po długim milczeniu ponura pieśń wojenna Kardańczyków.
Hej umre jo, umres ty
umremy se oba!!!
Hej dadzom nas pochować
hej do jednego groba!
A zanim umremy
a zanim umremy
wroga ubijemy!
Pierwej wybijemy
Pierwej ubijemy
niejednego wroga!
Sen drugi – czas klęski
Potem przyszedł sen gorszy. Zapach krwi czułem nadal, ale już bez smaku Viktorii. We śnie było lato. Wszystko widziałem dokładnie w tym śnie. Po pierwszej bitwie książę Szarmuda zakazał mi bezpośredniego udziału w walkach. Jako inżynier byłem zbyt cenny. Powstanie ogarnęło cały Kardanostan. W maju chytrym fortelem książę zdobył ważną twierdzę i miasto Hunza leżące nad rzeką o tej samej nazwie spływającej z gór. W wyzwoleniu miasta dopomogli mieszczanie, którzy chwycili za broń i sami rozgromili garnizon. Powierzono mi doradzanie w obronie. Wódz Niebieskich oblegających Hunzę, generał Surworow, był wspaniałym wodzem. Pobił najpierw idący nam z odsieczą korpus Armii Jego Cesarskiej Mości. Upozorował atak w jednym miejscu, a potem wydzieloną cześcią swych sił uderzył z boku. Potem rozbił nadciągające z drugiej strony wojska Szarmudy. Były liczne, ale niedoświadczone w regularnych bitwach. W starciu z karnymi zawodowcami masy chłopów uzbrojonych w kosy, toporki i myśliwskie strzelby wpadły w panikę. Wtedy Suworow nakazał zmasowaną szarżę. Podobno doszło wtedy do wielkiej rzezi. Zostaliśmy sami. Tymczasem wróg minami i ogniem armat rozbił bastiony, mury i bramy Dolnego Miasta. Jego regimenty wdarły się do miasta. Zaczęły się walki uliczne. Twierdzą był każdy dom. Gdy padły ostatnie barykady w Dolnym Mieście wycofaliśmy się do Górnego Miasta i twierdzy. Po dwóch miesiącach nie mieliśmy szans na dalszy opór. Odsiecz została rozbita, a nam kończyło się i jedzenie i prochy. Szerzył się tyfus i krwawa biegunka. Generał Haskar, brat jednookiego Hunkara podpisał akt kapitulacji. Zaufał Surworowi. Zapłacił za to straszliwą cenę. Wraz z innymi oficerami został rozebrany do naga i ukrzyżowany. Z krzyża musiał spoglądać na rzeź jeńców i ludności Hunzy. Najpierw wyrżnięto wszystkich mężczyzn. Z ich głów usypano kopiec. Potem przyszła kolej na starców i dzieci. Na końcu na kobiety, które hańbiono na oczach ukrzyżowanych. Potem z głów tej drugiej grupy usypano drugi stos. Mówi się, że w oblężeniu, szturmie i rzezi Hunzy zginęło siedemdziesiąt tysięcy ludzi choć i straty Imperium były spore w czym jest i moja zasługa. Mnie oficjalnie uznano za zmarłego. Wyprawiono mi nawet „pogrzeb” tuż przed kapitulacją. Nieoficjalnie przebrany za prostego huzara Niebieskich, po kapitulacji, wymknąłem się z twierdzy. Za miastem zdjąłem z siebie wrogi mundur i dołączyłem do małego oddziału, który czekał na mnie w umówionym miejscu. Niejako przy okazji byłem świadkiem straszliwego wiarołomstwa i okrucieństwa wroga. Po tych straszliwych wypadkach przedzieraliśmy się w kierunku Gór Białych w których schroniła się armia Szarmudy. Niewielki oddział konnych miał szansę niepostrzeżenie tam dotrzeć. Nocami jechaliśmy przez otwarte pola i stepy, a dnie staraliśmy się spędzać w leśnych ostępach. Wszystkie te krwawe wydarzenia
Za nami szedł jednak pościg. I dopadł nas na równinie. W majace nocnej wróciły te chwile. Był to gorący, parny wieczór. Sierpniowa burza nadchodzi z wielkim majestatem. Potężna i dzika, taka jakie bywają latem w Kardanostanie. Z nieba spadał ogień, ale ogień płonął i na ziemi. Wszędzie wokoło widać było łuny pożarów. Płonęły wioski, łany zboża. W sukurs carowi przyszły ordy Komanów i Kałamurców. Szeroko rozpuścili swe zagony. Brali jasyr, zabierali co się dało. Palili to czego nie dało się zabrać. Wicher był coraz mocniejszy. Niósł iskry, rozpalał kolejne pożary. Zgasiły go dopiero warkocze deszczu. Toczyliśmy walkę z kosookimi ordyńcami. W tych potokach spadających z nieba toczyliśmy z nim bój. W ciemności i w blasku piorunów. Zalane były panewki bandoletów, rozmiękłe cięciwy łuków. Walka szła więc wyłącznie wręcz. Na szable, czekany i rohatyny. Przybyły posiłki dla wroga. Huzarzy z Gwardii Woronocowa. My nie mieliśmy już odwodów. A więc odwrót! W puszczę i mokradła porastające brzegi Rzeki Zielonej. Oderwać się i zniknąć w zbawiennej gęstwinie -to był nasz jedyny ratunek. Rozdzielamy się. Było nas coraz mniej.
Sen trzeci i czwarty – groza niewysłowiona
Zły sen trwa. Gonią mnie. Dzień, noc, dzień. Rozpraszają mój pułk. Przedzieram się przez wykroty, młodniki, mokradła. Wpadam w końcu na koniu do jakiejś wioski. Prześladowcy są, jak się wydaje daleko. Wchodzę do jednej chałupy. Pusto, nie ma nikogo. Ani jednego człowieka. Mysz biegnie przez izbę. Rozbite gliniane naczynia walają się na klepisku. Porwani w niewolę przez najemników Północy? Ale bydło ryczy, przeraźliwie ryczy. Znaczy z głodu. A przecież Kałamurcy i Komanowie zabrali by je. Rozpaczliwie szczekają uwięzione na łańcuchach psy. Gdzieś przebiegł kot. A więc, gdzie są ludzie? Zresztą ordyńcy lubują się w paleniu wsi. Gdyby tu byli to z sioła zostały by tylko dymiące zgliszcza. O Boże Miłosierny! Dżuma! Wsiadam na mojego Siwka. Chcę uciekać jak najdalej. Nie mogę jednak wyjechać. Wszędzie niewidzialna ściana. Za każdym razem wracam pod tą samą nieszczęsną chałupę. Płaczę ze strachu. Nie boje się kartaczy, szabel, śmierci z wyczerpania. Smrodliwej, bolesnej, samotnej śmierci zadżumionych tak. Zapada straszna, samotna noc. Zabobonni Kardańczycy mówią, że nocami Dżuma wędruje z korowodem zmarłych. Szkielety piją gorzałkę, tańcują i muzykują. Wędruje ten korowód upiorów. Wchodzi między ludzi po ich nieszczęsnym kraju. Na kogo Zaraza spojrzy ten w szybkim czasie tańczy już dla niej. Siedzę pod gruszą i drżę ze strachu. Korowodu może nie spotkam, ale może już jestem chory? Mój koń stara się mnie pocieszyć. Dzielny wierny koń z którym tyle, dobrych i złych, przygód przeżyłem. Niewiele to pomaga. Groza przenika każdą kosteczkę mojego ciała. Siedzę, drżę i wymiotuję z nerwów. jest koniec lata, słoneczny dzień, ale trzęsę się z zimna. Nagle słyszę wesołą muzykę. Boże Miłosierny! To nie bujda, nie legenda. Widzę korowód trupi. Jest już przy mnie. Zaraza w czarnej sukni, czarnym kapeluszu, z twarzą zasłoniętą czarną woalką. Patrz mi w oczy. Ma ogromne, puste, zupełnie czarne oczy. Wyciąga ku mnie dłoń odzianą w czarną rękawiczkę. Gestem nakazuje podejść. Biedny Siwek przeraźliwie rży i pada martwy. A ja z nim. Zbliżają się do nas tańczące szkielety. I ja zmieniam się w kościotrupa. Na końskim kościotrupie jadę za Panią w Czerni. W jej korowodzie.
Obudziłem się przerażony, zlany potem. Słyszę jak fale deszczu bębnią o dach namiotu, słyszę łopotanie jego ścian. Grzmoty przetaczają się nad obozem. Staram się zasnąć. Zmęczenie wygrywa nad strachem.

Partyzanci Szarmudy II
Sen czwarty – w komańskiej niewoli
Przychodzi kolejna majaka. Jednak żyję. Nie zapadłem na dżumę. Nie było zadżumionej wsi, nie było pochodu szkieletów. Jadę z towarzyszami przez zamgloną dąbrowę. Jest już jesień. Zeschłe liście chrzęszczą pod kopytami. Napotykamy leśną wioskę. Niewiele zostało z tego aułu. Chodzimy po pogorzelisku. Nachylam się nad studnią. Odskakuję przerażony. Trupy pływają w niegdyś krystalicznej wodzie. Patrzą na mnie wodnistymi oczyma. Za plecami słyszę tętent kopyt. Podnoszę się gwałtownie, chwytam broni, ale jest zbyt późno. Kałamurec łapie mnie na arkan. Potyczka jest krótka i nieszczęsna dla nas. Zginęli jednak i ordyńcy. Najemnicy chcą pomścić poległych wojowników. Mam zostać złożony w krwawej ofierze dla ich boga wojny. Śpiewają dzikie pieśni, jazgotliwe i barbarzyńskie. Jeden przygrywa na bębnie. Inni zaczynają oprawiane ofiar. Najpierw rzucają na ziemię mego towarzysza. trzymają go za ręce i nogi. I za głowę. Wykrzywiają ją tak by nieszczęśnik widział swoją pierś. Przytrzymują powieki, aby nie mógł zamknąć oczu. Wódz kałamurskiego oddziału wyciąga nóż. Szybkim ruchem rozcina tors mego kolegi. Błyskawicznie wsuwa w otwarta ranę i wyrywa serce. Towarzysz mój wierzga i wyje z bólu i strachu. Kapłan-kat pokazuje mu jego włąsne dymiace i jeszcze bijące serce. Potem wznosi je ku słońcu mamrocząc rytmicznie krwawe modły. Potem przychodzi kolej na mego drugiego towarzysza. Główny oprawca odrzyna mu palce, genitalia na końcu jeszcze żyjącemu podrzyna gardło. Nieszczęsny drga chwilę i zastyga. Teraz pora na mnie. Dzikusy naradzają się czy milsza ich krwawym bóstwom będzie taka czy inna tortura. Czy lepiej wrzucić mnie do ognia, nabić na pal czy rozerwać na dwa strzępy. Po naradzie wybierają opcję trzecią Jedną moją stopę przywiązują do olszyny, drugą pętają arkanem. Drugi koniec arkana będzie ciągnął koń. Ból się zwiększa, ale powoli. Nie spieszą się. Bawi ich moja męka. Mięśnie i kości w kroczu zaczynają pękać. Rozrywają mnie powoli na dwa krwawe strzępy. Męka przekracza granice wyobraźni. Krzyczę.
Bogini na łodzi
–Panie, panie! Złe sny, złe sny! To diabły nagnały! To niedobra jest! – słyszę głos Mansura.
–Tak, tak, sen – mara Bóg Wiara! -odkrzekłem.
–Panie! Burza nima już. Gwiazdy piękne. Księżyca okrongła! Ja Ci zrobić napój na dobry spanie. Napój- sen. A sen dobry! Kobiety, miłość! Mansur śmieje się jak młody chłopak, który pierwszy raz popił gorzałki i zobaczył nagie dziewczęta kąpiące się w rzece.
Piję ten jego napój łapczywie. Ma dziwnie słodko-gorzki smak. Od razu kręci mi się w głowie. Kolory wirują, tworzą dziwne mozaiki, lśnią w dziwny, nieziemski sposób. Czuję, że odpływam. Nie wiem czy to już śmierć, czy sen czy wizja. Jest mi to obojętne. Czuję , że przepełnia moje ciało i umysł niezwykłe szczęście. Najgłębsza, pełna ekstazy przyjemność. Przeniosłem się nad brzeg jakiejś rzeki. Ku mnie płynęła łódź. Sterowała nią, odpychając się długa żerdzią od dna, wysoka kobieta o rozpuszczonych, kręconych, miedzianych włosach. Były bardzo długie i lśniły nieziemskim blaskiem. Ubrana była w białą tunikę. Ta biel była też nieziemska, bielsza niż śniegi wysoko w górach. Przy tym materiał ten więcej odkrywał niż zakrywał. Był biały i przeźroczysty zarazem. Ciało zaś miała doskonale zbudowane. Długie nogi, szerokie biodra, wąską talię, regularne rysy, gładką skórę i kształtne pośladki i piersi. Biła od niej niewysłowiona słodycz i rajska woń. Rudowłosa wysiadła z czółna i podeszła do mnie. Tam gdzie stanęła jej bosa stopa tam wyrastały kwiaty. Czułem jednocześnie pożądanie i spokój. Popatrzyła mi w oczy. Jej były zielone i duże.
–Jestem Karynasari, bogini miłości. Zapraszam Cię do moich ogrodów. Na Wyspę Szczęśliwą. Przekrocz ze mną tą rzekę. Powiedziała zniewalającym głosem.
Wsiadłem więc do czółna i popłynąłem na rzeczną wyspę. Gdy byliśmy już blisko jej brzegów z pięknego, świetlistego lasu wybiegła gromada dziewcząt. Przygrywały na instrumentach i śpiewały. gdy wysiadłem na drugim brzegu otoczyły mnie tańcząc. Nie przestając śpiewać przybliżały się zrzucając szaty. W końcu zaczęły, śmiejąc się, dotykać mnie, całować i rozbierać. Tak zaczęła się zabawa bez końca. Ucztowanie i kochanie pod przewodnictwem Karynasari, rudowłosej kardańskiej bogini miłości. Dziewczęta były wysokie i niskie, smagłe i jasne. Smukłe i cycate. Były wśród nich kosookie i czarne jak mahoń. Jedne były dziewicami inne miały wielkie doświadczenie. Łączyło je jedno. Wszystkie ulegały każdej mojej zachciance. Obok wielkiego łoża stał stół na którym co chwila pojawiały się nowe, wyszukane potrawy, a stojący na nim kielich z winem był zawsze pełny. Przyjemność wydawała się wiecznością.
Nie wiem czy był to sen czy wizja. Gdy się ocknąłem leżałem na posłaniu. Zadowolony, wypoczęty i szczęśliwy. Poranne słońce wpadało do namiotu przez wąską szparę. Uśmiechnięty Mansur podał mi kubek źródlanej wody. Wypiłem go i wstałem. Odziałem się i podszedłem do wejścia. Wyszedłem na zewnątrz. Był już w ruchu. Żołnierze maszerowali, wozy skrzypiały, konie rżały. Usłyszałem też kwilenie, gdzieś wysoko. To sokół księcia Kadranostanu latał nad obozem. Zaczynał się ostatni dzień przed bitwą.
Jeśli chodzi zaś o ów cudowny, czarodziejski napój jest to wywar z innych jagód rosnących w Górach Białych. O ile ten z jagód Baskad daje siłę do pracy i walki to ten, który piłem prowadzi ducha mężczyzny do raju dla wojowników. Tak wierzą Kardańczycy, jak jest w istocie tego nie wiem. Wiem tylko, że wyrabia się go z jagód Ja-Bol i faktycznie ma się po jego wypiciu wrażenie pobytu w raju.
C.D. N. 😉