Sokół księcia Kadranu cz.4
Ostatnie roboty
Po śniadaniu wsiedliśmy z Mansurem na konie i zameldowaliśmy się w namiocie sztabowym. Czekali już tam na mnie moi ludzie. Pułkownicy Gordon i Clark, major Mazino oraz kapitanowie Nelson i Sznelwitz. Omówiliśmy zadania na ostatni dzień. Nelson i Szlenwitz mieli kierować końcowymi robotami przy reducie kryptonimowanej Tygrys-1. Leżała na końcu prawego skrzydła. Tuż nad rzeką. Clark z Mazinem musieli zrobić przegląd wszystkich fortyfikacji na lewym skrzydle. Gorodn i ja – na prawym kończąc na Tygrysie-1. Wbrew pozorom nie było to łatwe zadanie. Trzeba było doglądnąć wszystkiego. Nie było mowy o pomyłkach. Reduty miały się nawzajem wspierać ogniem nie zostawiając kawałka „martwego pola” w którym wróg mógł się schronić. Ich linia układała się w łuk skierowany wnętrzem w stronę Sandoranu. Musiały więc mieć nie tylko fosy, wały i palisady, ale zapasy prochu i armaty. Działa należało rozmieścić tak by ich efektywność była największa. Powstały dwie linie umocnień. W pewnym oddaleniu od siebie. Jedna nad drugą na stokach wzgórz. Reduty w pierwszej były otwarte od strony drugiej linii oporu. Tak by nie mogły być przyczółkiem, gdyby zostały zdobyte przez wroga. Każda reduta w drugiej linii musiała być zaś samodzielną małą twierdzą. Zdolną do obrony okrężnej wystarczająco długo by siły odwodowe mogły odblokować jej załogę. Między redutami usypywano szańce. Oprócz bycia stanowiskiem dla morderczego ostrzału fortyfikacje są też osłoną do kontrataków i szarż. Szańce musiały być więc zbudowane tak by nie przeszkadzać w ich wyprowadzaniu. Nie mogły też przeszkadzać, a raczej winny wspomagać ogień z redut. Do tego trzeba było i wiedzy matematycznej i doświadczenia i wojennej intuicji. Popołudniu zadanie było wykonane.
Pojechaliśmy na odprawę do namiotu Jego Wysokości Księcia. Uściślono szczegóły. Przedyskutowano warianty. Nic nie mogło być przypadkowe. Podczas owej odprawy wpadł do namiotu goniec. Wpadł zdyszany, oklejony potem i kurzem. Tam, gdzie był widocznie nie padało w nocy. Zdjął papachę i przyklęknął na jedno kolano.
–Mości książę ja od generała Pietrowa! Huzarzy i dragoni Woroncowa starli się z naszymi koło Czarnego Potoku. Wroga awangarda została odrzucona. Wypadliśmy na nich z dąbrowy i część wysiekliśmy, a część rozproszyliśmy. Peronasowi niech bedą dzieki! Spaliliśmy dwa mosty nad jarem Czarnego Potoku. Jednak całość armii wroga przeszła wąwóz w najdogodniejszym miejscu. Spowolniło ich spalenie mostów, ale pod wieczór będą obozować już niedaleko. Rano będą na pozycjach wyjściowych. Tak rzekł generał Pietrow. Posłaniec przyłożył dłoń do serca i skłonił głowę.
Niedługo później wpadła do obozu kolumna jazdy Pietrowa. Widać ich było z daleka. Najpierw jakąś czarną masę na horyzoncie. Potem jeźdźców i błękitno-czerwone chorągwie lekkiej jazdy kardańskiej. Jeszcze później można było odróżnić sylwetki koni i jeźdźców, kontury ich głów i kończyn, w końcu rysy twarzy. Pierwszy jechał Pietrow na swym srokaczu. Dumnie spoglądał. Tuż za nim jego przyboczny. I jeszcze koń bez jeźdźca, prowadzony przez adiutanta kozackiego generała. Koń ten był objuczony jakimś człowiekiem w mundurze Niebieskich. Przywiązano go tak by nie spadł podczas szybkiej jazdy. Widocznie był to ważny „język”. Na horyzoncie, dość daleko unosiła się dymy. To była armia Woroncowa.

Partyzanci rozmawiają z wysłannikiem księcia.
Krwawy prezent
Pietrow wiózł ze sobą prezent dla księcia. Był nim człowiek przytrocozny do konia. Ataman Pietrow pojmał samego generała Baranowa. Znany był to okrutnik. Teraz ranny i sponiewierany został rzucony do stóp Szarmudy.
–O i mamy cię mości generale. To ty gwałciłeś i dusiłeś dziewice, przybijałeś ludzi do krzyży, zarzynałeś mnichów, bawiłeś w budowę kopców z obciętych głów? To ty kierowałeś z rozkazu Surworowa rzezią mieszkańców Hunzy? Mówią, że ty. Książę droczył się z jeńcem.
–Chuj w ciebie i sto piorunów kardański psie – odparł hardo Baranow.
–Wyłupcie mu oko. Odrzekł spokojnie książę głaskając łeb swego sokoła.
Do jeńca doskoczyło trzech żołnierzy. Błysnął mały nóż i rozległo się wycie bólu. Z oczodołu genrała Baranowa popłynęły krwawe łzy.
-I kto jest teraz psem i niewolnikiem Baranow? Zapytał znów spokojnie Szarmuda. Dziś wieczór zacznie się twoja kaźń. Pal już zastrugany, będziesz długo konał na nim. Lecz mogę okazać ci łaskę i kazać tylko zarżnąć. Warunkiem jest mówienie prawdy. Sokół księcia rozłożył skrzydła i wzbił się do lotu.
-Będę mówił prawdę! Baranowowi wyłupienie oka przywróciło nagle zdolność do racjonalnego myślenia. Hardość momentalnie znikła.
-Lecz wiedz, że my mamy swoje źródła informacji. Będziemy sprawdzać wszystko co mówisz. Będziesz łgał szykuj odbyt na przyjęcie pala. Lubiłeś gwałcić, teraz sam będziesz gwałcony. Kawałkiem zaostrzonej sosny. Rozerwie twoje kiszki a potem będzie zagłębiać się dalej i dalej. Bardzo powoli. Zadbam o to byś żył jak najdłużej. Jak zdechniesz twoim truchłem zajmą się stepowe ptaki. Książę mówił nadal spokojnym głosem. Zimnym i dostojnym.
–Będę mówił samą prawdę! Jeniec mówił cichym głosem. Jego twarz była blada poza czerwoną smugą spływającą z oczodołu.
-Opatrzcie go! Dajcie wody! Ma jeszcze żyć! Rzekł książę. I zabierzcie do namiotu sztabu. A tobie generale obiecuję, jeśli nie będziesz łgał śmierć lekką i honorową. Zostaniesz rozstrzelany. Popatrzył prosto w jedyne teraz oko Baranowa.
I generał mówił prawdę. Jego zeznania zgadzały się z informacjami naszego wywiadu. Z 75 tysięcznej armii zostało 2/3. Reszta wyginęła, obsadziła forty pilnujące szlaku ewentualnego odwrotu, była ranna lub chora albo zdezerterowała. Nadal stanowiła jednak dużą siłę. Plan natarcia Woroncowa był schematyczny. Skoro nie bardzo dało się obejść naszych wojsk chciał je przytłoczyć masą i siła ognia. Tego planu nie znaliśmy, ale znaliśmy sposób wojowania wrogiego wodza. W ogóle nas nie zdziwił. Jako przedstawiciel Cesarstwa brałem udział w przesłuchaniu. Potem w jego egzekucji. Dano mu do wyboru rozstrzelanie i ścięcie szablą. Jego ostatnim życzeniem było przekazanie jego rodzinie medalionu, który nosił na szyi i wypicie kielicha gorzałki. Wypił go jednych haustem. Okazywał męstwo, ale ciało drżało. Ukląkł przed sztabowym namiotem i zdjął chustę chroniącą szyję.
–Zaczynajcie panowie – rzekł spokojnym głosem. Był znanym okrutnikiem, ale odwagi w obliczu śmierci mu nie brakowało.
Młody żołnierz podszedł do niego. Wzniósł wysoko szable i jednym ruchem odrąbał głowę krwawego generała Baranowa. Z jego rozkazu spadły dziesiatki tysięcy głów. Teraz sam był w taki sposób pozbawiany życia. Krew za krew. Z otwartej szyi bluznął gejzer jasnej, spienionej krwi. Szybko utworzyła ona kałużę obok miotającego się w konwulsjach ciała. Obiad podszedł mi do gardła. Nie dałem jednak po sobie poznać, że mi słabo. Ciało Baranowa drgało jeszcze jakiś czas. Potem zostało zawinięte w wojskowy koc i wsadzone na wóz który odwiózł je na miejsce wiecznego snu. Natomiast głowę generała kazał książę nabić na lance i obwozić po obozie dla wzmocnienia morale. Temu objazdowi towarzyszyły głośne wiwaty armii. Dopiero później dołączyła do ciała ściętego jeńca.
Wieczór i noc
Wieczór w wigilię bitwy ludzie byli niespokojni. Przy ogniskach popijano herbatę i wywar z jagód baskad zmieszany z gorzałką. Palono fajki, gawędzono, żartowano i śpiewano. Czuć było jednak w tej wesołości wielkie napięcie. Każdy zastanawiał się czy dożyje kolejnego wieczoru. I ja się nad tym zastanawiałem, gdy patrzyłem na blaski ognisk naszego obozowiska. Przed krótkim snem pojechałem z Mansurem na przejażdżkę na wysoka, niemal łysą górę położoną za pasmem wzgórz, które stanowiły podstawę naszej linii obrony. Na horyzoncie było widać światła obozu wroga. W stepie światło nocą widać światła z daleka. I tam byli ludzie, i tam mieli dusze. Tak samo się bali jutrzejszego dnia. Zatrzymałem konia pod kępą drzew na szczycie. Noc była jasna od tych świateł i od srebrnego blasku księżyca w pełni i od milionów gwiazd. Droga Mleczna jaśniała wyjątkowo mocno. Pomyślałem, że to może być moja ostatnia noc i zacząłem się modlić. Potem wsłuchiwałem się w nocny koncert. Na szczycie, wśród drzew pohukiwała sowa, w oddali wyły wilki. Cykały miliony stepowych świerszczy i tysiące żab w mokradłach nad rzeką. . Bezgłośnie przeleciał nietoperz. To była piękna noc. Co jakiś czas był też słychać wystrzały. To ścierały się na przedpolach dalekich podjazdy wysłane z obu stron. Obie strony chciały bowiem zdobyć jak najwięcej informacji. Potem odwiedziłem, jak co wieczór, moich oficerów. Na końcu wypiłem w namiocie dużo herbaty. Nerwy zacisnęły żołądek. Nie byłem w stanie jeść. Może to i dobrze. Postrzał w pełne kiszki to najgorsze co może się zdarzyć w bitwie po śmierci w płomieniach. Tłukłem się. Z boku na bok. W końcu udało się na chwilę zdrzemnąć.

Starcie podjazdów nad Czarnym Potokiem.
Tuż przed świtem obudził mnie ogromny hałas. Konie rżały, wozy skrzypiały. Grzmiały rogi, trąbki i gwizdałki. dudniły miarowo bębny i werble. Na niebie błysnęła zielona raca. Był to alarm bojowy. Zwiadowcy donieśli, że obóz wroga w ruchu. I my musieliśmy formować się i zajmować pozycje. Ubierałem się popijając napój z jagód baskad. Był już zimny. Jego gorzko-kwaśny smak wykrzywiał usta. Natomiast zaspanie znikło w jednej chwili. Poczułem ogromną siłę i spokój. Byłem gotów. Niby zajmowanie pozycji na szańcach i redutach było już przećwiczone, ale to ja byłem odpowiedzialny by przedstawienie to się udało pełnym sukcesem. Udało się. W blasku wschodzącego słońca ujrzeliśmy czołówki armii Woroncowa. Przed frontem naszych wojsk jechał stępem sam książę. Po jego lewej chorąży trzymał sztandar jego rodu, walecznego rodu Rakoczarii. Pikującego srebrnego sokoła na czerwonym tle. Po prawicy był drugi chorąży dzierżył sztandar Kardanostanu. Orzeł o dwóch głowach, złoty i dzierżący w jednej łapie szablę, a w drugiej buławę. Nad nim złote słońce. Na błękitnym tle. Nad głową prawowitego władcy Kardanostanu krążył jego wierny sokół.
–Chłopcy! Tam idzie Woroncow! Widzicie! Wskazał szablą w kierunku nadciągających sił wroga. Ale my stąd nie pójdziemy. Spełnijcie swój obowiązek! Okażcie kardańskie męstwo! Przez wzgląd na naszych Bogów! Na duchy naszych przodków! Na krew poległych! Na przyszłość naszego ludu i naszych rodzin! Zniszczmy wroga, niech morze jego krwi wsiąknie w ta świętą ziemię! Niech popłyną potoki juchy wrażej! Niech czerwono zabarwi się święta rzeka Sandoran! Niech wesprze nas Peronas, San i wszyscy bogowie i boginie nasze!
Książę podjeżdżał z osobna do każdego regimentu, każdego pułku jazdy, każdej pozycji. Za każdym razem nieco zmieniał treść mowy, ale sens pozostawał ten sam. Sztandary powiewały dumnie.
Potem przejechał przed frontem armii kapłan Peronasa. Odprawił modły wojenne. Kardańczycy pobudzeni napojem bojowym, zbliżającą się walką, przemową Szarmudy i rytuałem uklękli i modlili się. Następnie wstali zaczęli śpiewać pieśń bojową. Piękna i czysta szła ku niebu. Tymczasem jazda wroga zaczęła przechodzić bród. Kości zostały rzucone. Huknęły działa.
–Wielu ich – powiedziałem cicho do generała Hunkara.
–Wielu, ale nie będziemy ich liczyć tylko zabijać. Jednooki wyciągnął z pochwy szablę. Popatrzył w moją stronę. Uśmiechnął się i mrugnął do mnie swoim jedynym okiem.
C.D.N. 🙂 Kiedy? Pewnie jakoś w drugiej połowie kwietnia.