Cisza nad Syrią
Wojna domowa w Syrii od samego początku przypominała trochę „wieczny konflikt” w Afganistanie. Róże siły wewnętrzne i zewnętrzne strzelały do siebie z różnym natężeniem jednak nieustannie od wiosny 2011 r. Wchodząc ze sobą w sojusze taktyczne „ja i ty przeciwko tamtemu” by po chwili zmienić front. Wystrzelono i zrzucono miliony ton bomb, rakiet, granatów i pocisków. Swoje korpusy ekspedycyjne wysyłali tu Rosjanie, Irańczycy, Turcy. Samoloty i komandosów – Amerykanie, Brytyjczycy, Francuzi i wiele innych państw. Rozlała się ta wojna na sąsiedni Irak reaktywując walki wewnętrzne w tym kraju. Pochłonęła ogromną liczbę ofiar. Zarówno tych co polegli na polu chwały (jeśli ta wojna przynosiła komukolwiek jakąś chwałę) jak i zabitych cywilów.
Zainteresowanie światowych mediów budził ten konflikt latami. Co prawda niewielu zagranicznych korespondentów docierało do tego ogarniętego chaosem kraju. Jednak w epoce internetu o informacje (inna sprawą jest ich wiarygodność) z frontu nie trudno. Z czasem to zainteresowanie spadało. Ile można wałkować to samo? Przypominano sobie o Syrii od czasu do czasu. A to podczas walk Turcji z siłami Rożawy jesienią zeszłego roku, a to podczas zimowej ofensywie wojsk rządowych. Potem przyszła pandemia wuhanki i chyba prawie wszyscy zapomnieli o tej wojnie. Wojna ta zresztą chyba powoli zapomina sama o sobie. Wypala się wielki pożar.
Bez ostatniego boju
Kiedy zgliszcza przestaną dymić? Zapewne trafniejsza była by metafora wulkanu. Wulkan wybuchł, uspokoił się, ale nie do końca. Zapewne tak samo będzie z Syrią. Asad nie będzie kimś takim jak Lenin, Lincoln czy generał Franko. Jednoznacznym i ostatecznym zwycięzcą domowej wojny. Enklawa rebeliantów i dżyhadystów w prowincji Idlib będzie istnieć pod protektoratem tureckiego „sułtana”. Nie przeszkadza to zapewne protektorom „Lwa z Damaszku” czyli Rosji, Iranowi i Chinom. Rosja i Iran mają zresztą swoje kłopoty naftowo-pandemiowo-ekonomiczne. Nawet, gdyby Asad chciał podbić Idlib nie ma na to siły. Nie mają też jego protektorzy. Rekonkwisty ostatecznej w najbliższych latach pewnie nie będzie. Ostatnia enklawa powstania będzie funkcjonować jako typowe „nieuznawane terytorium„.
Rożawa trwa
Popatrzmy więc na wschód. W stronę Autonomicznej Administracji Północnej i Wschodniej Syrii znanej szerzej jak Rożawa. Asad nie ma siły by odbić te tereny. Może więc jakoś się dogadać. Co prawda Syria Asada to ustrojowy skansen epoki Breżniewa, a Rożawa to trochę taka anarchistyczna „machnowszczyzna”. Różnią się jak ogień i lód. Dogadać się jednak może i ogień z lodem. Co zrobią w takim razie Turcy? Jesienią zeszłego roku modnym było solidaryzowanie się „na soszjalmediach” z powstańcami z Rożawy. Dziś już dawno cicho (choć widziałem wczoraj napis na murze „Niech żyje wolny Kurdystan!” więc nie do końca 🙂 ) lecz Turcja nadal nad Rożawą trzyma krzywą szablę. Nie opuszcza jej jednak. Po pierwsze wszyscy mają teraz problem z inną walką. Walką z wirusem i z problemami ekonomicznymi. Także Turcja. Podbój Rożawy kosztował by sporo. I krwi i pieniędzy. Opinia o erdoganowskiej Turcji jest już i tak tak zła, że nie warto jeszcze jej pogarszać. Inwazja na pełną skalę rozdrażniła by Amerykę, ale też prawdopodobnie Rosję. Nie ma zaś raczej szans na ponowny rozkwit kurdyjskiego separatyzmu w tureckim Kurdystanie. Technicznie więc „sułtan z Ankary” może zmiażdżyć to qasi-państwo, ale strategicznie nie może. Rożawa będzie trwać.
Allah najwidoczniej już nie sprzyja
Państwo Islamskie? Raczej będzie połamane na długo o ile nie jest już u swego kresu. Z przyczyn nie tyle militarnych czy polityczno-ekonomicznych co psychologicznych. O ile Al-Kaida była od samego początku nastawiona na „długi marsz” to Państwo Islamskie było „Kalifatem”. Al-Kaidzie nie przeszkadzało rozbicie państwa Talibów w Afganistanie. Po prostu wrócili do walki konspiracyjnej miejscami „wychodząc na powierzchnię” np. w Syrii. Państwo Islamskie miało być zupełnie inne. Miało być tworem nieśmiertelnym. Wspomagane przez Allaha nigdy nie zostać podbite przez niewiernych. Opierało się faktycznie bardzo długo, ale od dawna nie kontroluje żadnego (a przynajmniej poważnego) terytorium. Istnieje w podziemiu, ale to nie to samo. Allah, albo już „nie sprzyja”, albo nie był to „prawdziwy Kalifat”. Tak więc chwasty zostały przygaszone na dłuższy czas. I bardzo dobrze.
Między piekłem a ziemią
Co dalej będzie z Syrią? Teraz pewnie przetacza się przez nią pandemia wuhanki. Jeśli w Nowym Jorku śmiertelność wzrosła w marcu i kwietniu tego roku o 200% to o ile musiała wzrosnąć w zrujnowanym Aleppo czy w obozach uchodźców? Na Syryjczykach pewnie nie robi to specjalnego wrażenia. Do śmierci nawykli. Potem będą powoli odbudowywać swój kraj, wracać z obozów uchodźców, pracować i żyć. Będą mimo rozdarcia go na trzy części i tlących się walk. Będzie to kraj zawieszony między kompletnym upadkiem a „prawie normalnością z nieuznawanymi terytoriami”. Między stanem w jakim jest dziś Libia czy Sudan Południowy, a stanem w jakim jest Gruzja czy Ukraina. Rany pewnie nie zabliźnią się latami.
Na fotce głównej – bojowniczki i bojownicy rożawskiej armii SDF. Na drugiej – rebelianci podczas szybkiej narady w trakcie walk o Aleppo. Fotki z Wiki. Zrobiona parę lat temu.
