Latarnia morska
Nad zatoką zapadał zmierzch. Była już pora odpowiednia by zapalić mechanizm. Składał się z wielkich lamp napędzanych energią płonącej nafty i szeregu luster wzmacniający świetlny efekt. Latarnik powoli wchodził stromych schodach. Za nim podążał jego stary, wielki czarno-biały kocur. Potem wszystko szło według procedury. Po zapaleniu wszystkich lamp obaj długo patrzyli na morze. Było szaro-zielone. Z przewagą szarego. Sztormowe. Daleko na horyzoncie do portu parł parowiec. Duży, trzykominowy. W szkłach lornetki widać było go dość wyraźnie, można było nawet rozróżnić banderę. Był to statek francuski, zapewne płynący po węgiel z tutejszych kopalni. Wiózł go potem do Havru, Dunkierki, Hamburga. Nieco bliżej z sztormową falą walczyła żaglowa łódź rybacka. Żółto-czerwony żagiel oznaczał, że należy do Wayna, starego szypra z Hybertton. Latarnik znał go dobrze.
Raz w miesiącu, w każdy pierwszy czwartek (o ile stan morza pozwalał) Wayne przybijał do wysepki Latarnika. Przywoził mu prowiant i naftę. Oraz tytoń i spięty sznurkiem plik gazet z ostatnich czterech tygodni. Czasem załoga łodzi Wayna zatrzymywała się na noc. Pili wtedy herbatę wzmocnioną destylatem, śpiewali piosenki marynarskie i długo rozmawiali. O wszystkim, ale głównie o morzu. Dziś jednak nie był dzień dostarczenia prowiantu. Dziś to latarnik pomagał Waynowi oraz nieznanemu z imienia kapitanowi tego wielkiego parowca na horyzoncie. Ten wieczór był ciężki dla marynarzy płynących przez tą cieśninę. Zachmurzyło się, zacinał deszcz, wzmagał się wicher. Fala była coraz większa. Mewy krzyczały na wielki sztorm. Rozróżniał kiedy krzyczą na dobrą pogodę, a kiedy na burzę morską. Już wczoraj, gdy zachodzące słońce barwiło morskie bałwany na czerwono, krzyczały deszczowo. Wiał też silny wiatr z północy. Od Oceanu, od Artyki. To też był niechybny znak nadciągającej burzy. Rano dojrzeć można było śnieżną biel na szczytach gór leżących po drugiej stronie cieśniny. Gdy Latarnik jadł obiad drugiego brzegu nie było już w ogóle widać. Zaczynał się sztorm. Gdy zapalał wieczorne światła orkan rozszalał się na dobre.
–Chciałbyś czasem być mewą i polatać sobie? Kot przekrzykiwał (lub raczej przemiałkiwał) wicher jęczący pieśń sztormową i ryk fal.
-Skądże to pytanie Kocie? Odpowiedział flegmatycznie latarnik.
–No wiem mewą, ani maskonurem, ani morskim jastrzębiem nie będziesz. Wy ludzie macie jednak balony. Tak balonem nad zatoką, na drugi brzeg cieśniny?
-Może i tak, ale nie mogę Kocie. Jestem latarnikiem nie areonautą.
–Jeszcze Cię to nie znudziło? Gdybyś tak miesiąc zamienił się z areonautą?
-Trochę tak, ale lubię tę robotę. W sam raz jest na marynarską emeryturę.
–No tak, masz blisko swoje morze.
-Mam. I pomagam innym, młodszym marynarzom. A drugi brzeg zatoki widzę przecież w pogodne dni.
–Dasz kiełbasy?
-Dam, choć. Dziś na kolację będę jadł sosydże owcze z braunsosem. Podzielę się z tobą.
Zeszli w dół. Ogromne bałwany uderzały z rykiem w skalistą wysepkę, a latarnia dumnie opierała się wichrom. Z nieba spadały warkocze deszczu. W mesie było ciepło i przytulnie. Ogień wesoło hałasował w piecu. Latarnik przygotował kolację. Nastawił wodę na herbatę. Po kolacji dał kotu ostudzone kiełbaski. Nabił fajkę, przyłożył zapałkę. Popijając gorącą herbatę i pykając fajeczkę czytał zaległe numeru „Kuriera Kapitańskiego„. To był dobry dzień dla niego. Wiedział, że pomaga innym, młodszym marynarzom dotrzeć do portu. Niby nic ta praca, a tak ważna. I nad morzem. Wyszedł, zgodnie z harmonogramem, jeszcze raz na szczyt wieży. Sprawdził czy lampy palą się prawidłowo. Tak było. Zszedł w dół. Nastawił budzik na odpowiednią, zgodną z regulaminem godzinę i położył się spać. Kota już nie było ani w mesie, ani w pokoju. Miał swoją robotę do wykonania. Polował na myszy.
I tu bajka się kończy. Bo to bajka spontaniczna. Jakoś się sama napisała. Aczkolwiek jest to historyjka z podwójnym kluczem. Klucza tego sobie poszukajcie 🙂