Czekając na śnieg


– Kawę wziąłeś?

–Tak, tak. Wziąłem! Śpij, ciesz się snem!

Wychodzę na pole. Z świata ciepłego i suchego do świata mrozu i wichru. Wicher wieje tej nocy z wielką mocą. Dudni i wyje hardkorowo. Jak w tej piosence śpiewanej słodkim głosikiem przez Sanah. Przenika mroźnymi podmuchami moją kufajkę i czuje się teraz niczym hrabia Fredro podczas jego powrotu z Moskwy. Wyruszam utartą ścieżką na mokradła. Światła fabryki stanowią punkt orientacyjny. Nie zgubie się. Lubię tą drogę przez podmokłe łaki za Malinową Górą. Szczególnie nocą i o poranku. Czasem spotykam w drodze do i z pracy stada saren, przemykającego wśród zarośli lisa, kota wpatrzonego w srebrną tarczę ksieżyca. Raz, podczas powrotu z nocnej zmiany, natknąłem się na wielkiego jelenia z ogromnym porożem. Na przedwiośniu muszę ubierać gumofilce by przebrnąć przez rozlewiska. Podobnie jest, gdy przez wiele dni pada deszcz i Wisłok występuje z brzegów. Z kolei w maju i czerwcu przedzieram się przez trawy sięgające głowy. Co przywodzi na myśl wędrówkę przez Dzikie Pola czy afrykańskie wojaże Stasia i Nel. Zmierzch, noc i świt to też czas przeróżnych odgłosów. Szczebiot ptaszków, pienia bażantów, pohukiwanie sowy, szelest traw na wietrze – wszystko to tworzy bardzo poetyczny nastrój. W mroźne noce z Gór Dzika dolatuje czasem wycie wilczych watah. Ot romantyczny element mojego życia zawodowego.

Dziś jednak ptaszki są cicho. Koncertuje tylko mroźny Boreasz. Jak to mówią starzy ludzie „diabeł się żeni”. Żeby choć sypnęło śniegiem. Ubrał bym narty i raz, dwa byłbym przy fabrycznej bramie. Śniegu jednak prawie nie ma i ścieżka jest pokryta lodem. Dobrze, że się nie wywaliłem na pysk na tej drodze lodowej. Skostniały doszedłem w końcu na parking przed fabryką. Natykam się na Żan Pola. Żan Pol to prawdziwy spec od teorii spiskowych. Zgłębił temat chemitrailsów, kleszczy zrzucanych z samolotów bez oznaczeń, Brooklińskiej Rady Żydów, Wielkiej Lechii, lochów Watykanu itp. Dziś raczy mnie kolejnymi zakazanymi informacjami jakie znalazł na konspiracyjnych stronach internetowych.

–Wiesz czemu nasi skoczkowie tak słabo skaczą w tym seoznie?

–Pewnie ma to związek z szczypawką?

–Zgadłeś, podano im specjalną, szczególnie osłabiającą wersję szczypawki

–Myślisz, że długo jeszcze potrwa ta fałszywa pandemia?

–Tyle ile będzie chciał Rząd Światowy

Dochodzimy do bramy. No zaczynamy roboczy dzień! Przedostatni w tym tygodniu.

–Dzień dobry Panie Ochroniarzu, Dzień Dobry Kocie – witam grzecznie załogę wartowni. Potem mijam dziewczyny, które skończyły nocną zmianę – Miłych snów Ślicznotki!

Teraz czas na kawę i papierosa. Miło tak usiąść na chwilę przed robotą. Nie myśleć o niczym tylko rozkoszowac się smakiem tytoniowego dymu i czarnej kawy. Doskonale do siebie pasują. Zastanawiam się jak można pić ten napój bez przepalania go fajką. Po tym codziennym rytuale kieruję się do szatni i dalej w dół. Na hale fabryczne. Podpisuję listę i wchodze na Dział Stali i Aluminium. Pracowałem tu kiedyś, „na piecu”. Hartowałem stal, dziś ją maluję. Maluję to za dużo powiedziane. Obsługuję taśmociąg na dziale nazywającym się „Malarnia Proszkowa”. Manufaktura jest w tym momencie w stanie jakby półsnu. Jedna zmiana idzie do domu, druga przejmuje maszyny. Tylko , gdzies w kąciku leci cichutko ludowa, pogórzańska nuta. Już kilka minut później wszystko znów gra i śpiewa jak w „Symfoni Donbasu” Dowżenki. Ja też dołączam do koncertowania. Dziś na rozkładzie jazdy mam widły bojowo-gospodarcze, motykę typu 7, hak rynnowy Pacyfik. Moje zajęcie nie należy do ciężkich o ile nie panują upały. Gdy jest upał to temperatura sięga u nas, na malarni do nawet czterdziestu stopni w skali Celcjusza. Wtedy jest ciężko. Szczególnie nocą, gdy opary z bagien przenikają do środka i człowiek czuje się jakby przeniósł się nagle do tropiku. Jesienią jest już chłodniej. Wtedy nawet i nocą jest miło, gdy świercz ukryty przy piecu zaczyna wygrywać jesienne pieśni. Zimą zaś jest już całkiem znośnie. Tylko nachodzić sie trzeba. Cały dzień na nogach. Tam i z powrotem, tam i z powrotem.

Około ósmej przychodzi nasz kolega z dalekiej Algierii. Komplementuje moje ciemne okulary. Dla wesołości ubrałem dziś okulary z oprawkami w tygrysie pręgi.

–Kolega wyglądasz jak gwiazda rocka

–Tak! Jak Raszyd Taha!

–O znać Raszyda? A znać Khaled?

–To ten od „Aisza! Aisza! Ekłote młi!” ?

–O ty znać algierska muzyka dobrze, ty być prawie jak Berber

–Islam musiał bym przyjąć

–Islam dobra wiara. Patrz wasz ksiądz ma jedna baba i to na lewo. Nasz imam może mieć cztery żona. Prorok mówi – Allah pozwala.

Kolega z dalekich gór Atlas szuka przez jakiś czas haków typu Orkan-5. Znalazłwszy odpowiednią skrzynię nabija ją na widły paleciak i zaczyna ciągnąć na drugą halę.

–A jesli ktoś ma już jedną żonę?

–Żadna problema, Ty w rodzina prezes spółka. Stara żona menedżer. Ona rządzi doma. Cztery żona dobrze, sex non stop.

–Ale musiał bym zrezygnować z jedzenia gulaszu angielskiego, golonki i mielonki wieprzowej.

–A na co ci świnia jeśli masz cztery dziewczyna? Kebab też dobra jedzenie

–Cztery żony mówisz, to i dzieci z 15-ście. Jak to utrzymać

Algierczyk zatrzymuje się i zastanawia chwilę

–A tu problema…

Zamyślony odchodzi ze swą zdobyczą. Ja zaś zastanawiam się nad jego słowami. Faktycznie islam to ciekawa religia. Potem rozmyślam o covidzie, o nartach, o sytuacji na pograniczu z Białorusią, o Afganistanie. Potem zaś już o niczym poza nakładaniem i ściąganiem kolejnych zawieszek, haków i motyk. Wybija jedynasta i wtedy wypada coś zjeść. Moje drugie śniadanie jest złożone z egzotycznych potraw takich jak garść daktyli, dwa banany i tonik bez dżinu. Tonik to świetna sprawa, szczególnie zmieszany z Bombay Shapire. Ten doskonały destylat nauczyłem się pić w dalekiej Anglii. Niestety dziś musi mi wystarczyć sam tonik. Po posiłku udaje się na palarnię. Za stołem siedzą trzy panie z Działu Tworzyw. Znam je na „cześć”. Lubię ich rozmowy o kocie, którego jedna z nich trzyma w domu. Kot to niezwykły. Zna różne zabawne sztuczki, które jego pani nagrywa i pokazuje koleżankom. W kącie palarni siedzi Janusz. Pogadaliśmy trochę o starych czasach. Opowiada mi jak drzewiej bwało. W czasach, gdy Zenek Martyniuk był początkujacą gwiazdą Disco Polo. To był zupełnie inny świat. Młody chłopak musiał pomagać w gospodarstwie. Gdy miał 12-13 lat umiał już zaorać pole czy ściąć drzewo w lesie. Gdy jeszcze trochę podrósł musiał brać udział w walkach wioskowych koalicji. Wioski z południowej i północnej strony Czereśniowej Góry ścierały się na festynach, w dyskotece Rancho Texas, potańcówkach. Czasem i w lasach porastających zbocza Czereśniowej Góry. Młody mężczyzna udowadniał w tych potyczkach swoje męsto, krzepę i zwinność. Jeśli by stchórzył ciągnęło by się za nim haniebne piętno pizdeusza. Potem czekał go bilet do wojska. Po odsłużeniu Zetki starał się wyjechać, gdzieś gdzie płacą w twardej walucie. Januszowi przyszło być dekarzem w samym Szikago. Pracował też w przetwórni ryb nad jeziorem Michgan. Wróciwszy z dolarami zaczął znów chodzić na festyny. W celu już nie spożywania trunków i toczenia bojów tylko tak, rzec można, matrymonialnie. Dalej był ślub, dzieci. Praca w Erefenie dzielona na czas budowy domu. W końcu przyszła pełna stabilizacja. Mało mówię, więcej słucham. Lubię słuchać ludzi. Zaciągam się ostatnimi buchami papierosa. Zastanawiam się przy tym jak różnie można postrzegać rzeczywistość. Dla wielkomiejskiego libka życie Janusza to jakieś opowieści z amazońskiej dżungli czy kaukaskich jarów. Barbaria, dzicz, atawizm. Dla mnie, antropologa i historiozofa-amatora to zupełnie normalne przejście ze świata chłopców to świata mężczyzn. No, ale jestem amatorem. Czasem żałuje, że nie zostałem antropologiem zawodowym. Jeździł bym po dżunglach i tajgach jak Tonny Halik i spotykał sie z szamanami.

Wracam pod taśmociąg. Kwadrans za kwadransem zbliża się godzina fajrantu.Znów nakładam na zawieszki widły. Widły bojowo-gospodarcze, lub inaczej widły gnojne. Trzeba uważać, żeby samemu sie na nie nie nabić. Czas płynie powoli jak rzeka zagęszczona krą. W końcu jednak wybija utęskniona godzina. Wybija 14 i pierwsza zmiana wysypuje się z zakładu.

–Siema, cześć, do jutra, cześć Magda, cześć Julia, do widzenia pane Wieśku, na razie Tomek, hej, hej!

Ruszam ścieżką przez zamarznięte pola. W tym momencie zaczyna się śnieżyca. Znikam w białej kurzawicy. Wicher wyje, wszystko staje się białe. Nie widać gór na horyzoncie, ani pobliskich lasów Znikają nawet krzewy głogu, czeremchy i dzikiej róży. Jest tylo wielka, oślepiająca biel i w tej białości nagle błyska błękitne światło. Piorun w środku stycznia! Perun uderza w kowadło!

–

P. S.

Co widać na poniższej fotografi? O tym właśnie w tym w kolejnym wpisie. No chyba, że… wczesniej skończę tekst o Warszawie.

P.S. 2

Serdeczne pzodrowienia dla pani z punktu szczepień przy ulicy Kletówki. Gdy będę właściwielem fabryki przyślę Pani milion pąsowych róż. No, ale do tego chyba bardzo długa droga. Aaaa… nie mówiec Żan Polowi, że wziałem szczypawkę. Bo będzie miał mnie za głupca 😉 A może ma rację, ja zaś tym głupcem jestem ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *