W górach Hunza
Za oknem czarną noc rozświetlał upiorny blask płonących zbiorników z paliwem. Zaczyna się kolejna odsłona nocnego koncertu. Ciężki bas siedmiocalowych haubic, nagły klekot broni maszynowej i automatycznej, grzmot odległych bombardowań, świst rakiet – noc jest niespokojna. Partyzanci krążą wokkoło Kargagradu jak głodnie wilki. Wojna! . Teraz jest koniec lutego. Nawet tu na równinie między Małą a Wielką Hunzą jest mróz i nieco śniegu. Partyzanci na czas zimy, jak zwykle, poukrywali się w bunkrach i pieczarach. Inni rozpłynęli wśród cywilnej ludności, odeszli na zimowe leża. Lecz i teraz watahy bojowników potrafią kąsać. Poruszają się jak białe duchy na nartach i grzbietach małych górskich koników. Uderzają i znikają. To właśnie takie komando śnieżnych panter podpaliło potężne magazyny ropy i benzyny. Zbliża się wiosna, a z nią kolejny wojenny sezon. Zazielenią się kwietniem bukowe lasy. Potem w maju zieleń stanie się jeszcze mocnejszą. Biel zostanie tylko w najwyższych partiach Hunzy i Gór Białych. Wraz z zielenią będzie ich więcej i więcej. Będą przychodzić z Alwarostanu, La Thanu i z Górnego Kardanostanu. Dobrze uzbrojone, bitne, mobilne oddziały bojowników wiernych księciu Rakoczariemu. Ja ich ścigam po tych górach już piąty rok. Najpierw w mundurze armii Kardańskich Sarmanów. Później dowodząc drugim szwadronem w sławnym Pułku Petyhorskim. Nie wiem czy jesteśmy najlepszym regimentem w całym wojsku. Znam tylko swoje blizny i swoich ludzi. Moi chłopcy są jak szare wilki. To najlepsi z najlepszych. Jesteśmy jedną wielką bojową rodziną. Oni są braćmi, a ja ich ojcem. To śmieszne, ale ze swoją posrebrzaną brodą i jednym okiem wyglądam trochę jak la-thański bóg wojny. Jak przystało na wojenne bóstwo muszą towarzyszyć mi groźne drapieżniki. Siedzę z jednym teraz. Mały, biały kotek z rudą łatką na głowie przyplątał się tutaj parę tygodni temu. Miłe zwierze siedzi teraz na moich kolanach i łagodnie mruczy. Na zegarku 4.20. Wstałem już, o świecie wezmę moich chłopców na trening. Dziś będzie strzelnica i tor przeszkód. Rozgrzeję ich trochę. Tak odpowiednio, żeby byli mokrzy od potu. Żeby dyszeli nie mogąc złapać oddechu. Żeby czuli każdy mięsień staw i kość w swoim ciele. Wstałem, piję herbatę z jagód baskad i palę papierosa. Staram się przypomnieć tych moich żołnierzy, którzy już są na wiecznej warcie. Wielu z tych , których mi powierzono straciłem przez te pięć lat. Bardzo wielu. Płacimy obfice krwią za bycie najlepszymi.
Dziś śniło mi się dwóch. Choraży Petrović i sierżant Gromow. Petrović… Intelektualista w okularkach. Chłopak niepozorny, ale bardzo wytrzymały. Ultramaratończyk. Żołnierze go szanowali, dowódcy lubili. Zdarzało się, że grywałem z nim w szachy. Rozmawialiśmy wtedy o sztuce i o historii popijając herbatę z koniakiem. Brał udział w wielu akcjach. Zdobył kilka odznaczeń, nawet Order Czarnego Konia i Złotego Słońca. Niepozorny twardziel jak się wydawało, a jednak pewnego dnia coś w nim pękło. To było w jednej z spacyfikowanych wiosek w północnej Jazygii. Nad górnym Argunem. Wieś stawiła opór wysiedleniu. Część ludności, razem ze swoim inwentarzem zaczęła uciekać w stronę gór. Miejscowa samoobrona strzelała do oddziału przeprowadzającego deportację. Z odsieczą przyszli im partyzanci. Akcję przeprowadzały Czarne Pantery, jedna z brutalniejszych naszych milicji. Wszystko wymknęło się spod kontroli i bitwie towarzyszyła rzeź. Wrzucano granaty do piwnic pełnych kobiet i dzieci. Strzelano do uciekających z płonących chałup. Rano na pogorzelisku aułu naliczono kilka setek cywilnych trupów. Mój szwadron w tym okresie był swego rodzaju strażą pożarną. Rzucano nas śmigłowcami tam gdzie nasi zaczynali przegrywać. Po walce, wyczerpani przeszukiwaliśmy pobojowisko. I wtedy się to stało. Dzielny Petrović postradał zmysły. Na jednym z podwórzy zauważył ciała dwóch dziewczyn. Leżały półnagie, pośiniaczone, zaduszone drutem. Widać broniły swojej cnoty. Wzięte siłą przez milicjantów, grupowo zgwałcone zostały później zlikwidowane. Jedna z nich bardzo przypominała Elenę, narzeczoną chorażego. Tak bardzo, że napięta do granic możliwości cięciwa umysłu rozdarła się. Zawył, stracił mowę, zesztywniał. Trzeba było go ewakuwać jak ciężko rannego choć fizycznie nie był nawet draśnięty. Trafił do cichego, przytulnego pensjonatu o pokojach bez klamek. Gdy wrócił z sanatorium przez jakiś czas żył względnie normalnie. Pewnej nocywróciły upiory. Zostawił swoją dziewczynę samą w łózku i wyszedł. Wrócił po kilku dniach brudny, śmierdzący i skacowany. Wtedy wszedł na równię pochyłą. Zaczął chlać i cpać baskadinę. Nieszcześna Elena nie wytrzymała i go rzuciła. Po tym chłopak się całkiem stoczył do świata pełnego upiornych wspomnień i alkoholowo-narkotycznych wizji. Tego dnia w którym przestał cierpieć znalazła go sąsiadka. Na ławeczce przed jego rodzinnym blokiem. Na piersi miał przypięte wszystkie swoje ordery, jakby wiedział, że to będzie noc jego śmierci. Serce nie wytrzymało potężnej dawki baskadiny, piwa i wódy. Podobno pierwszy raz od dawna się uśmiechał. Zmarł z uśmiechem na ustach. Szkoda go, ofiara wojny. Lepiej żeby poległ tutaj, w walce. Cóż widocznie takie było jego Przeznaczenie. Nikt nie uniknie swego Losu. Tego nauczyło mnie pięć lat w Kardanostanie.
We śnie spotkałem też Gromowa. Taki mały, rudy atleta. Chłopak z gór. Silny i bitny. Niezrównany nożownik, miner-fachowiec, doskonały zwiadowca. Podooficer idealny, miał wyczucie i do walki i do żołnierzy. Gdy zginął brakowało mu miesiąca do cywila. Niemal trzydzieści dni przed powrotem do swojej wsi poległ w kraju Tarów. Miał plany. Chciał się ożenić z jedną dziewczyną. Płodzić dzieci, wybudowac dom, kupić traktor ot po prostu gazdować. Odkłądał żołd, kolekcjonował wojenne łupy. Miał złe przeczucia przed swoim ostatnim rajdem na terytoria wroga. Intuicja mówiła mu, że stanie się coś złego i stało się. Straciłem tam cały pluton. Do dziś wyrzucam sobie, że mogłem zrobić więcej. Wysłałem owszem śmigłowce z odsieczą, ale już pierwsza para dostała się pod dziki ogień. Jeden jastrząbek został upolowany przez pocisk z działa bezodrzutowego. Drugi ledwo wrócił do bazy poszatkowany pociskami z działek i WKM-ów. Desant idący z odsieczą dotarł na pole boju, gdy było już za późno. Ledwie trzech ludzi dotarło do naszych lini i opowiedziało co się stało w jarze. Wpadli w zasadzkę, gdy przekraczali górski potok. Snajpier od razu położył radiotelegrafistów. Dowódca plutonu Murković także zginął na samym początku. Zmasakrowanym salwą z rewowerowego granatnika. Zapanował chaos i to ten mały rudy chłopak przejął dowodzenie. Próbowali się przebić. Jednak pierścień wroga był zby szczelny. Gromow został zraniony serią z rkm-u podczas przekraczania potoku został porwany przez rwący nurt i utonął. Prawdopodobnie, bo nigdy nie znaleźliśmy jego ciała. Ci co przeżyli widzieli jak jego głowa niknie w spienionej biało-niebieskiej wodzie.
Śnili mi się dziś ci dwaj dzielni chłopcy. Może chcą mnie przestrzec? Może zapraszają do siebie? Za tydzień ruszamy w góry. Czy tam czeka na mnie Kostucha? Ciekawi mnie jak wygląda. Myślę, że wcale nie jest brzydka. Że jest ładną kobietą. Zanim założy kosę na moją szyję ucałuje mnie i uśmiechnie się. Nie boje się tej randki. Nie mniej wolał bym wrócić z tej wojny. Zacząc normalne życie. Tylko jak się żyje normalnie? Kiedyś jakieś normalne życie miałem. To było strasznie dawno temu. Teraz jest wojna, a na moich kolanach śpi mały biały kotek z rudą łatką na głowie.
Następne opowiadanko będzie o Warszawie. Warszawie przełomu wieków XX i XXI. To już w lutym, może na Gromniczną. Do poczytania!

