Chłopięce intuicje


Dawno, dawno temu mieliśmy z kolegami bunkier. Była to prawdziwa partyzancka forteca. Wkopany był w stromy i porośnięty buszem klif Malinowej Góry opadający ku nadrzecznym mokradłom. Dach zbudowany był z ściętych siekierami i ręcznymi piłami grubych konarów oraz kawałów grubej folii przywleczonej z dzikiego wysypiska. Na samym szczycie była ziemia. Porosła trawą i nasza ukryta forteca prawdopodobnie była nie do wykrycia przez patrole nieprzyjacielskich śmigłowców. Samo wnętrze bunkra wyłożone było linoleum i zaopatrzone w piec. Tak mieliśmy piec zdobyty na leśnym złomowisku. Wylot dymu, wzorem saperów Vietcongu, był tak skonstruowany ,cze dym uchodził nie jedną a wieloma dyszami. Chodziło o jego maksymalne rozproszenie.

Od wiosny do jesieni bunkier służył do zabaw w polskich partyzantów, czeczeńskich bojowników czy amerykańskich komandosów walczących z Vietcongiem. Były też gry w Indian i Kowboi. Odgrywanie filmów typu Potop czy Rambo. Zimą zaś ubieraliśmy narty i maskujące stroje uszyte z prześcieradeł. Uzbrojeni w petardy, koktejle Mołotowa i odpustowe karabiny zmienialiśmy się w fińskich żołnierzy polujących na rosyjskie kolumny zmechanizowane. Byliśmy traperami, polarnikami, himalaistami a także uciekinierami z Sybiru. Teren do takich zabaw był idealny. Z jednej strony bunkra były nadrzeczne bagna i gesty łęgowy las. Z drugiej zdziczały sad. Za nimi opuszczone magazyny. Jedne zbudowane z żelbetu inne z cegły. Cały teren owej „budowy” był porośnięty krzakami i trawami sięgającymi szyi dorosłego mężczyzny.

Po za tym powstawały tratwy, bazy na drzewie, prowizoryczne obozowiska. Gra trwała cały rok. Umieliśmy ściąć małe drzewo. Rozpalić ognisko. Rzucać celnie nożami. Zbudować wilczy dół. Czasem łamało się nogi. Raz dwóch z nas zjechało w dół urwisk z mini-lawiną. Były i lekkie poparzenia i niespodziewane kąpiele w przerębli. Nikt nie narzekał.

Z dzisiejszej perspektywy takie harce wydawać się mogą jakąś patologią. Być może faktycznie część z nich powinna odbywać się pod nadzorem kogoś dorosłego. Nie mniej jednak było to dobre. Twórcze a nie destruktywne. Normalne a nie chore. Czemu? Bo każdy 11 latek jest Indianinem. Nie pozwolić mu nim być to zabrać z jego życia coś co jest absolutnie niezbędne dla zdrowego rozwoju. Tak myślę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *