Między czterema miastami
Na północ od tego wzgórza leży gród Sandomierz. W Sandomierzu byłem trzy razy. Raz z wycieczką szkolną. Dwa razy robiąc sobie przerwę w trasie Warszawa – Krosno. Niby tylko trzy razy, ale zawsze był obecny w mojej Polsce Wyobrażonej. Tej z lektur takich jak Legenda o rzezi dominikanów sandomierskich, Potop czy Popioły. Kiedyś był to chyba największy rzeczny port środkowego biegu Wisły. Dawne bogactwo miasta (ostatni raz niszczonego w 1809 a więc stosunkowo dawno) widać na każdym kroku. To tu zaczyna się Kongresówka. Tu też, jadąc w kierunku morza, wjeżdżamy do warszawsko-gnieznieńskiego serca Polski.
Na zachód od tego wzgórza leży Kraków. Jest to dawna stolica Polaków. Gród Wandy i Kraka. Miejsce pochówku większości królów polskich z których sporą część była też wielkimi kniaziami litewskimi. Kraków to także Polska piastowsko-jagiellońska. Tak samo jak Gniezno czy Poznań. Inna jednak niż ta w Sandomierzu. Miasto to jest przecież stolica Zachodniej Galicji. Do Gdańska stąd 600 kilometrów. Nad Balaton via Budapeszt 530. W pogodne jesienne dni z krakowskich wzgórz wyraźnie widać Tatry czyli najwyższe pasmo Karpat. Za nimi wody spływają już do Morza Czarnego. Kraków to więc Zachód, ale chyba bardziej Południe. W Krakowie mieszkałem kilka lat. Po za tym odwiedzałem go dziesiątki razy. To miasto mojej młodości i z tym czasem będzie mi się zawsze kojarzył.
Na południe od szczytu pagórka leży Preszów. Stolica regionu Szarysz i jedno z większych miast Słowacji. W dzieciństwie nazwałem go Preszów – Rzeszów Południa. Wcześniej była tu Czechosłowacja. Jeszcze wcześniej Górne Węgry. To już południowa strona Karpat. Ta bardziej słoneczna. To jeszcze nie Bałkany. Nawet nie Panonia czy Wołoszczyzna. Lecz już kraina wina, kukurydzy, papryki i słonecznika. Z miastem najbardziej kojarzy mi się zamek. Położony na skalistym wzgórzu porośniętym buczyną przypomina zamki w Słowenii. Tak, Preszów to już ewidentnie Południe.
Na wschód zaś leży Lwów. To też miasto-port wśród lądu. Nie płynie tu jednak żadna rzeka rozmiarami podobna Wiśle i Sanowi. Lwowska rzeka to właściwie bagnista rzeczułka, która w XIX wieku schowano pod ziemię. Lwów to jednak port. Port dla karawan wyruszających by handlować z Orientem. To też miasto-palimpsest. Jest Lwów polski, ukraiński, żydowski, karpatoniemiecki, austriacki, ormiański, wołoski, węgierski… Zawsze gdy byłem we Lwowie odczuwałem tą dwoistość. Z jednej strony to Galicja. Z drugiej Ruś Czerwona a nieco dalej niegdyś zaczynał się czarnomorski step. Miasto to dziś należy do Ukrainy i z tym faktem pogodzić się trzeba. Gdy jednak rosyjskie rakiety spadają na to miasto to trochę jakby spadały na Lublin czy Zamość…
Taki oto widok roztacza się z wzgórza Kalwaria nad Rymanowem. Na sztabowych mapach oznaczonym numerem 416.
P. S.
Fotki, recenzje i komentarze także na chutornik_dzialfito
