A Touch of Zen
Spadł śnieg. Świat wokoło zrobił się monochromatyczny. Czekam na Sympozjon Wolnych Daków, czekam na grudzień, czekam na Szwecję, czekam może i na Warszawę. Czekam, a tak naprawdę sam nie wiem na co. Coś tam piszę. Głownie takie szufladowe rzeczy. Wiersze jakieś, piosenki sentymentalne, trochę też wspomnienia. Generalnie takie pisanie użytku wewnętrznego. Owszem zdarzają się polityczne (lub około-polityczne) wpisy na Insta i Fejsa. Nawet może i niezłe. Odzew jest. Komentują ludzie pod każdym fejsbukowym postem. Tylko jaki tego wszystkiego sens? Sam już nie wiem. Kiedyś byłem hipster -prawicowcem. Uważałem, że można być cool i konserwatywny zarazem. Wierzyłem w chrześcijańską demokrację, wierzyłem w projekt Międzymorza. To było dawno. Dziś słowo prawica raczej kojarzy się z prostactwem niżli prawością. Lewicy w Polsce jeszcze długo nie będzie. Lewicy jako konkretnej i co ważne znaczącej siły politycznej. O profilu tak samo niepodległościowym jak społecznym. Nie będącej postkomuną , ani nieskażonej wokeizmem. Nie będzie też centrum innego niż ugrupowań i frakcji będących wypadkową przesądów i kompleksów postransformacyjnej klasy średniej. Nie wierzę Amerykanom, nie kocham Naszych Drogich Europejskich Partnerów. Nie ufam państwu , a i z wiarą tak se. Kościół kojarzy mi się raczej z kardynałem Dziwiszem niż księdzem Popiełuszką. Pominę już poczucie, że gdybym w swojej młodości miast miotać się między miłosnymi podbojami a strachem przed piekłem zajął jakąś jedną konkretną panną … Wycinając z swojej głowy równie surowe jak abstrakcyjne zasady katolickiej etyki seksualnej…To moje życie byłoby dużo prostsze. Patrzę na ten padający śnieg za oknem i czekam. Pogrążając się w Pustce. Może tak właśnie trzeba w tym momencie…