Krętą drogą pośród drzew


Ścieżka tonęła w późno południowym słońcu. Wokoło niej rozciągały się nadrzeczne zarośla. Nadodrzańskie łęgi, prawdziwy busz. Dwóch dużych chłopców prowadziło swe rowery. U boku jednego dyndała skórzana torba z której wystawały szyjki butelek jabłkowo-siarkowego wina. Nieśpiesznie szli do miejsca, które Zbysiu odkrył szukając wiele lat temu. Szukał idealnego łowiska i znalazł. Rzeka skręcała tu gwałtownie i nurt przyśpieszał. Szczupaki, bolenie, płocie, okonie, świnki i inne. Nigdy nie wracał do domu z pustymi rękoma. Opodal, za gęstwiną czeremcha i wierzb łowił liny i karasie w starorzeczu. Bywał tu często. Zakochał się w tym miejscu. Gdy spotkał w fabryce Bohuna od razu pomyślał, że musi go tu zabrać. Żeby było jak przed laty. Nad Niemnem.

– Andrzejku a… Boruta żyje?

– Nie, to było jakoś zimą. Chyba styczeń 46-go. Miał gangrenę, pewnie nie chciał być dla reszty ciężarem. Strzelił sobie w łeb. Szkoda, fajny był chłopak.

– Wania?

– Zginął w Kołobrzegu. Pod sam koniec bitwy, w porcie. Jedna kula, wyborowy strzelec.

– Nasz porucznik?

-Ryś? Po drugiej amnestii nie wyszedł z lasu. Dopadli. Rodzina pisała do Bieruta o łaskę. Nie podpisał i powiesili. Podobno trzymał się dzielnie do samego końca.

-Więcej mamy na Drugim Świecie kolegów niż na tym. Chyba.

-Życie toczy się dalej

Zamilkli. Słychać było tylko skrzypienie rowerów i muzykę przyrody. Przeszli jeszcze paręset metrów i zasiedli nad samą rzeką. Zaczęli w milczeniu. Pierwsze łyki za Tych co byli już w Krainie Wiecznych Łowów. Potem zrobiło się luźniej. Zgrzytnęly zapałki i obaj synchronicznie zaciagnęli się dymem patrząc na rzekę, której wody spadające za horyzont słońce barwiło na kolor czerwono-złoty.

– Pięknie tu Zbysiu.

– Ja wiedziałem, gdzie Cię zabrać bratku. Chodzę tu od lat. O patrz! Czapla! Tam na tym pniu!

– Czaple pamiętasz?

– Jakbym mógł zapomnieć… Ruda Lisica! Byłem jej pierwszym ooo! Jak myśmy się kochali…

– I co z nią?

– Wiesz, że po Ostrej Bramie trafiła w łapy Smiersza?

– Wiem

– No dalej co…Ural. Wyrąb. Urodę i zdrowie zniszczyły skurwysyny. Znalazłem ją po latach.

-Tutaj?

-W Głogowie. Ma męża, dwójkę dzieci. On po kacetach. Jak nie pije to dobry. Jak wypije to mu się przypomina i wtedy bije. No taki los. Co ma dziewczyna zrobić?

-Co? Uciec, rozwieść się, no nie wiem, ale jak bije to źle.

– Ta suka bladź uciec? A gdzie? Do innego ucieknie z dziećmi to też może bić…

-Też prawda

-A twoja Lala? Oj jakie ona miała warkocze! Pięknie razem wyglądaliście.

-A pięknie…

Bohun zaciągnął się papierosem i zaczął sobie wszystko przypominać. Poznanie na tajnych kompletach. Pierwsze spotkanie oczu. Tańce, randki nocne i dzienne. Tą pierwszą noc razem, gdy już był najprawdziwszym ułanem , a Ona najprawdziwszą sanitariuszką. Tą surową , ale radosną drogę partyzancką. Bicie Niemca, bicie szaulisow czasem i sowieckich partyzantów. Wtedy nie straszna była śmierć, mróz, deszcze, niewygody. Nawet, gdy był ranny, nie było morfiny, bolało straszliwie to jej słodkie pocałunki sprawiały , że bolało mniej. Lecz było to straszliwie dawno, gdy byli młodzi. Może tak naprawdę byli po prostu dziećmi bawiącymi się w wojnę?

-A ty ja znalazłeś?

-Tak, zgubiliśmy się tamtej nocy, gdy przebijaliśmy się z podwójnego pierścienia, pamiętasz?

– Aż za dobrze.

-Gdy wyszedłem z Rawicza przysiadłem w kościele, że Ją znajdę. Matce Boskiej Ostrobramskiej przysiaglem…

– I pomogła?

-Pomogła. Niedawno dostałem list. Z Anglii…

-O to dobrze jej? Gdzie żyje?

-Dobrze. Ma męża Anglika. Pilot. Ma gospodarstwo w Konwalii. Mają syna i córkę. Jest szczęśliwa. Ale mnie, jak pisała, nigdy nie zapomni i modliła się o mnie i zawsze będzie modlić. Tak napisała.

Znów zamilkli. Patrzyli w milczeniu na Odrę. Jak Niemen szeroką, jak Niemen głęboką. Na zachodzące słońce. Na czaplę lecącą już na zasłużony nocleg. Milczeli i popijali.

– Bohun a potem miałeś kogoś? Taki piękny Jedruś to chyba musiał?

– Jak zwiałem do lasu to tak, taką Marysię. Ładna szatynka, wiejska dziewczyna, zdrowa. To wiesz…bardzo nie chciałem jej dzieciaka zrobić. Żeby miał ojca „bandytę”. Nie miało przyszłości. Zniszczył bym jej życie.

-Amnestia była…

-Ta…dwa lata po amnestii trafiłem do tiurmy. Wyszedłem w 54-ym…

-Wyszedłeś i co? Żyłeś. W Warszawie mieszkałeś…

Bohun pociągnął mocny łyk wina. Zapalił z wielkim namaszczeniem kolejnego papierosa i po chwili milczenia opowiadał dalej:

-Żyłem. Znalazłem robotę na budowie. Wiesz tak jak tu…hotel robotniczy. Robota, po robocie pijaństwo. Czasem na żużel chodziłem i na ryby nad Wisłę. Spotykałem się z taką Czarną. Czarna bo brunetka, śniada, Czarna to jej pseudonim z konspiracji. Fajna, ale…ale w głowie nadal miała bardziej swojego chłopaka. Poległ na Czerniakowie. Nie chciałem dzielić łóżka i życia z duchem…a potem pojawiła się ….studentka….

-Osz kurwa, studentkę wyrwałeś? Mołojec!

Zbyszek roześmiał się rubasznie, może nawet zarechotał. Tak głośno, że aż spłoszył ptaszki kryjące się w pobliskiej kępie łoziny.

-A tak bratku. Studentka, między nogami wulkan, szalona Kalina. Wiesz, tańce, jazz, wóda lała się strumieniami, inne rzeczy też były. Swoboda… Artystyczna bohama ooo… to dobre słowo….Jej strasznie imponowało, że pieprzy ją były partyzant. Mówiła, że jestem jak ten chłopak co go grał Cybulski w tym filmie. Tylko żywy i dobrze pieprzący. Znowu przy niej się czułem młody. Raz nawet przyprowadziła koleżankę. Obie kompletnie zalane i mi mówi , że to Karolina, uczy się na muzyczkę i umie grać na flecie. A ona też chce zagrać, że zagrają we dwie…

C. D. N.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *