Przekraczając Rzekę
Nocne zmiany w „Wołoskich Lochach” drenują siły , ale skłaniają zarazem do filozofowania, rozpamiętywania, wprawiają w oniryczne stany umysłu. Och noc! Jednej przypomniało mi się intensywnie rozstanie z Rudą przed 12 laty. Czułem się jakby to było wczoraj… Wrzesień i jesień złota. Ławeczka nad Wisłą. Ostatnie zawahania „a może jednak?. No oczywiście łezka w oku, ostatni uścisk i ostatnie spojrzenia przez ramię rzucane. Pewnie w tym miejscu setki tysięcy par zaczynały i kończyły związki. Na ławeczce nad rzeką nieopodal Wawelu.
Później naszły mnie fantazje o „fajnym życiu” jakie mógłbym prowadzić przez te 12 lat. O dwunastu latach bardzo znośnej lekkości bytu. Takim alternatywnym życiorysie. Co robić , gdy się jest 28 letnim pięknym kawalerem który właśnie rozstał się z pierwszą „naprawdę na poważnie” dziewczyną? Na przykład … Definitywnie skończyć okres burzy i naporu. Nie rozmyślać więcej ani o Bogu ani o sensie egzystencji. Przysiąść nad angielskim teoretycznym. Ćwiczyć pisanie, czytanie, słuchanie. Potem pojechać na tenty. Lecz nie na cztery a na osiem miesięcy. Wyszlifować ten angielski do perfekcji. Zarobić nie dwa, a cztery szeleszczące worki funtów. Wyrzeźbić się, niejako przy okazji, na prawdziwego atletę. Wrócić do Krakowa. Wynająć tam mała kawalerkę. Gdzieś na Podgórzu. Choć Huta czy Azory też ujdą. Mała, ale wygodną. Z balkonem. Z wielkim łóżkiem. Na balkonie urządzić mini- rajski ogród. Poczytać najpierw o miejskim ogrodnictwie , a następnie ozdobić go pięknie. Poczytać, popytać i wziąść się do roboty. Szafirki, hiacynty, sulfinie, bluszcze, miniaturowe drzewka zwane banzai (chyba?) , pnący szpinak, lawenda i inne wchodziłyby w jego skład. Jak to w Edenie ziemskim często bywałyby w nim nagie kobiety. Miałbym też koty. Lubię te bestie, a dziewczyny zwykle rozczula facet z kotami. Jako, że na stukacza w klawiaturę się nie nadawałem nigdy zatrudniłbym się w branży turystycznej. Znalazł fajna niszę by co zarobić. Lecz też zbytnio nie przerobić, ani też nie zanudzić. Sportowy tryb życia bym sobie prowadził. A to trening capoeiry, a to wypad na ski-toury w Tatry, a to popróbować surfingu latawcowego na Helu. Oczywiście czasem znalazłbym i czas odwiedzić miejsca podobne do osławionego klubu D44. Czasem znalazł bym czas na jakiś mały gin czy wódeczkę. Papieroski – incydentalnie. Po siłowni czy igraszkach w alkowie. To wszystko incydentalnie. Na co dzień zaś zdrowa dieta, dobre spanko, balans pomiędzy praca a życiem prywatnym. Fajne ciało, fajne ciuchy, fajna bajera. Bielutkie zęby, klawa fryzura, spojrzenie Bohuna – surfera. Ah! Zbałamucić niewinną zachodząc „dla duchowych poszukiwań” do Dominikanów. Uwieść młoda adeptkę medytacji przy okazji poznawania (duchowe poszukiwania także) buddyzmu. Przelecieć doktorantkę polonistyki poznaną na wieczorku poetyckim. Mieć romansik z neohipską z którą tańcowało do świtu goa trance w podkrakowskich lasach. Bzyknąć uroczą studentkę archeologii poznaną na festiwalu na Wolinie. Rozkochać tangiem niedopieszczoną mężatkę, która miała tylko wyjść na babski wieczór a spotkała takiego Sigmę jak Ja. Pewnie po drodze zdarzyłaby się jakaś wpadka. I bardzo dobrze. W idealnym świecie Fajnego Życia byłbym Fajnym Weekendowym Tatą żyjącym w dobrych relacjach z Wyluzowaną Mamą. Pewnie też coś bym społecznie robił. O! Schronisko dla zwierząt. Coś dobrego człowiek by zrobił i , przy okazji, zaliczył słodka wolontariuszkę. Może i nie jedną. W GOPR-owca się też pobawił. Z dwa czy trzy lata. Przy okazji…”mundur działa jak przynęta pragną dotknąć go dziewczęta”. Byłoby to wyluzowane życie wiecznego 25 latka. No może teraz, tuż przed 40-tką skończyłbym karierę Nieustraszonego Konkwistadora Serc Niewieścich. W końcu znalazł jakąś blondyneczkę. Taką jakąś „typową Beatkę” poznaną u Dominikanów. Nawet może i pomyślał o jakimś pierścionku. Tak by pewnie było, a zachciało się człowiekowi nie dziesiątek Małych Przygód , lecz Wielkiej Przygody. Jak tym co onegdaj wypłynęli po Złote Runo, lub ruszali w przestwory Atlantyku nie wiedząc , gdzie jego kres. Zachciało dalszego spaceru po linie. Spaceru po grani.
********* *** **********


Bezsenność
Dalej, w monotonnym rytmie pracy maszyn, przed oczyma przewijały się obrazy tych dwunastu lat. Oto jedna zima. Dziewiąta rano, niebo niebieskie, roziskrzony śnieg trzeszczy pod nartami. Są wokoło mnie tylko trzy kolory. Te same co na fladze Estonii. Lekko tylko przyzłocone słońcem i przyczerwienione przemrożonymi owocami kaliny, głogu i dzikiej róży. Zatrzymuję się by przepuścić sznur łań, które zeszły z Gór Dzika. Przeszły rzekę i swoim odwiecznym szlakiem kierują się ku Lasom Jedlickim. Staję i zachwycam się. Życie wydaje się piękne. Widzę i inny poranek. Śniegu nocą napadało w opór. Przekopuję z kolegami dach na Domu Kultury. Ręce bolą od roboty. Kolejne szufle białego puchu lądują w wyznaczonych do zrzutu miejscach. Jest robota, są koledzy. Są widoki na moje Miasto i moje Góry. „Miło bracia miło, miło bracia żyć. Z naszym brygadzistą nie ma co się martwić nic” podśpiewuje pod nosem. Czuję, że nie jest idealnie , lecz jest dobrze. Lepszego Świata nie będzie. Po tej wizji ujrzałem ten smutny początek dnia kiedy w straszliwej burzy śnieżnej, prawdziwej purdze, schodziłem w dół ulicy Instytuckiej. Wicher wygrywał smutne sybirskie pieśni. Na kołyszących drzewach zawieszone były portrety zabitych w słynnej masakrze, która wydarzyła się tu trzy lata wcześniej. Spoglądali na mnie i ja spoglądałem na nich. Smutnymi oczami wiedząc, że już nic nie będzie takie jak wcześniej.
Maszyny grają dalej swój koncert. Kolejne skrzynki przewijają się przez ręce. Biorę po 4. Można po 5 i 6 , ale 4 to optymalnie. Około szesnastu kilogramów. To nie sprint, to stachanowski maraton. Tu trzeba truchtem. Przypominają się teraz przedwiośnia. Oto i jedno najsilniejsze wspomnienie. Słońce zalewa złotym blaskiem parujące po dość śnieżnej zimie, czarnozieme pola. Pędzę naprzód z rękami wbitymi w kierownicę. Zerkam w szerokie niebo. Jego barwa hipnotyzuje. Jest czyste jak dotknięcie Pustki. Bardzo chcę zobaczyć klucze żurawi. Bardzo nie chcę by były tam widoczne śmigłowce, samoloty i drony. Zagapiam się. Na drodze zaś, na wprost mnie leży wywrócona na bok wojskowa ciężarówka. Obok w rowie cywilne auto. Po hamulcach, do dechy. Jedyne co myślę w tych sekundach hamowania to to, że głupio było by w ten sposób zabić siebie i kobietę, która wiozłem autostopem. Szarpnęło pasy. Udało się! Podchodzi do auta facet ubrany w „piksel” z przewieszonym przez ramię automatem. „Polak? (…) Zawracajcie Kijów już miasto zamknięte. Wpuszczają tylko mundurowych. A i po drodze nie wiadomo kogo spotkacie. Może nawet ruskie szpice pancerne (…) Na lotnisku w Hostomelu już WDW. (…) Babo słuchaj! Ja wiem ,że tam masz Dom, ale tam będą walki. Będzie jak w Syrii(…)”
Po trzeciej przerwie oczy się już bezwiednie półzamykają. Obrazy nadal intensywnie przelatują przez głowę. Zimny kwiecień. Patrzę na kwitnąca tarninę rosnąca koło domu. Zimny wiatr porusza rytmicznie gałęzie, a ona dzielnie się opiera. Jest lśniąco biała. Jak śniegi wieczne w górach wysokich. Jak suknia panny młodej. Niewinna i czysta jak pierwsze kochanie, a zbrojna cierniami swemi. Przypomina mi się jeden wiersz Herberta. Czuję, że to znów jakiś Znak. Los mówi do mnie. Znak taki sam jak wróżba z fusów, rysie na drodze spotkanie, piorun uderzający w modrzewia. Jak ten moment , gdy patrzyłem na przedwiosenne nabrzmiałe chmury wiszące nad Piasecznem i poczułem, że 2020 to będzie dziwny rok. Wiem co może znaczyć ten omen. Boje się i jednocześnie fascynuje mnie to.
Chwilę później już lato. Upał, piwo zimne fajrantowe. Odczuwam smutek. Wielki smutek w sercu Myślę sobie o tym, że Małpa jest już szczęśliwa w Krainie Wiecznych Łowów. Czuję wdzięczność za to, że Była. Puszczam „500 mil” Joasi Beaz. Wtedy właśnie zza rogu ulicy wybiega Małpa. Żywa, cała i wesoła. I przy takim soundtracku zaczyna biec do Domu. Z poniesionym wysoko ogonem. Po lecie nadchodzi złota jesień. Niosę, idąc szeroką leśna drogą, dwa kosze pełne grzybów. Jest cicho, pięknie i spokojnie niczym w bieszczadzkich piosenkach pod gitarę. Koło starej cerkwii czeka zaparkowany Lew. „Tak powinien wyglądać październik!” myślę sobie wesoło. Wiele tych obrazów, oj wiele.
Świt ***
W końcu, gdy już do lochów zaczęło wpadać słoneczne światło przypomniał mi się, właściwie już wczesnojesienny, dzień w Kornwalii. Mały wiejski festiwal odbył się dwa dni wcześniej w dolinie między wzgórzami otwartej w stronę Morza Celtyckiego. Co wzmacniało potęgę wichrów. Tuż po imprezie nadszedł sztorm od strony Atlantyku. Sztorm ów połamał, pogniótł namioty, które mieliśmy ściągać parę dni później. Trzeba jechać ratować. Zabezpieczyć. Jedziemy tam z Diegiem. W tym wichrze słabnącego już sztormu i zacinającym co chwila, słonawym morskim deszczu, zadanie wykonujemy. „Miszyn Komplit” – przybijamy sobie na koniec piątkę. To były dobre czasy. Jeszcze pełne nadziei. A teraz? Sam nie wiem. Nawet nie umiem jej teraz zdefiniować. Owej Nadziei. Wiem jednak jedno. Jednemu Los ofiaruje do przejechania dróg życia kunia spokojnego, ułożonego. Drugiemu dzikiego i szybkiego. A jak mawiają na Kaukazie „jeśli chcesz narowistego konia ujeżdżać to nie próbuj go zrobić grzecznym tylko na początek rzuć się na nim w cwał”. I tak chyba właśnie jest z życiem.
P. S.
A klubu D44 nie szukajcie na żadnych „Imprezowych Mapach Krakowa”. Już go nie ma, a gdy był był sekretny. Bywali tam artyści, kryminialiści i alpiniści, wyznawcy muzyki, badacze dziwnych krain wyobraźni. Taka legenda Młodej Polski part 2 🙂
