Zapomniana wojna w baśniowej krainie
Wojna o której cicho
W cieniu walk w Syrii i Iraku pozostają inne „zastępcze wojny” na Bliskim Wschodzie. Na przykład ta w Jemenie. Tam od 2015 (nie wliczając rozejmów od 2004) trwa wojna domowa pomiędzy sunnitami a szyitami. Sunnitów wspierają wojska egzotycznej koalicji. W jej skład wchodzą wojska Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, najemnicy-kontraktorzy (szczególnie liczni w ich szeregach są Latynosi), żołnierze Senegalu (sic!), Sudanu i Maroka oraz komandosi i doradcy amerykańscy. Druga strona to szyici z tzw. ruchu Huti wspierani przez Iran i Hezbollah. Bojowników Huti wspierają też agenci Kataru, choć do 2017 pomagali wojskom rządowym. Trzecią stroną konfliktu są dżihadyści podzieleni na tych wiernych Al-Kaidzie i zwolenników Państwa Islamskiego. Czwartą separatyści z południa kraju. Piątą – lokalne milicje i bandy. Wojna to długa, okrutna i zapomniana. Nawet nie wiadomo ilu ludzi w niej zginęło. Jemen jest (wraz z Afganistanem) uważany za najbiedniejszy kraj w Azji choć w czasach starożytnych nazywano go „Arabią Szczęśliwą”. Kraj ten wyjątkowo mało ziemi zdatnej do uprawy. Tereny zdatne do wypasu też nie są zbyt rozległe. Przemysł istnieje w szczątkowej formie. Generalnie gospodarka tego państwa bliższa jest ekonomi średniowiecznej niż post-industrialnej. Za to Jemenki należą do najpłodniejszych kobiet na świecie. W związku z tym życie ludzkie nie jest szczególnie cenione, a na pewno o wiele mniej niż honor klanu czy religia. Nie wiadomo ile ofiar pochłonęła ta wojna, ale widocznie jest tam bardzo źle skoro ludzie uciekają do… Somali (sic!). Nie wiadomo też co tam się właściwie dzieje. O ile do Syrii dociera niewielu korespondentów to do Jemenu jeszcze mniej. Ludzie giną w medialnej ciszy.
Kraj chaosu
Nie jest to zresztą pierwsza wojna domowa w tym kraju. Do 1990 istniały dwa Jemeny. Północny (od 1918 do 1962 monarchia potem arabsko-socjalistyczna republika) oraz Południowy (od 1967, od 1970 komunistyczny). W Północnym w latach 1962-1970 siły rządowe wspierane przez wojska egipskie i sowieckie zwalczały partyzantów – zwolenników obalonego króla. Bojownicy ci byli zbrojeni i szkoleni przez armię Saudów. Walczył w tej wojnie słynny poszukiwacz przygód i najemnik Rafał Gan-Ganowicz. Z kolei Jemen Południowy wspierał rebelię bolszewicką w Omanie. Tę z kolei stłumiono z pomocą wojsk Iranu i Wielkiej Brytanii. W 1986 doszło na południu do wewnętrznych walk pomiędzy frakcjami komunistów.
Oba państwa co prawda deklarowały chęć połączenia, ale też stoczyły w 1979 r. wojnę na pograniczu. W 1990, gdy kurek z rublami został zakręcony komunizm na południu upadł. Doszło do połączenia obu państw, ale nie obyło się bez wojny domowej. Toczyła się w 1994 pomiędzy siłami z południa i północy kraju. Wygrali „północni”. Od tego czasu panował względny spokój. Oczywiście nie licząc działalności rozbójników. Jednak sam Bin Laden umiłował sobie szczególnie tę krainę – ojczyznę jego ojca. Jemen wrota do „wyzwolenia” ojczyzny nieżyjącego już przywódcy Al-Kaidy. W 1998 zaczęła się więc w Jemenie dżihadystyczna rebelia. W październiku 2000 w porcie w Adenie łódź prowadzona przez dwóch islamskich kamikadze uderzyła w burtę amerykańskiego niszczyciela USS Cole. Zginęło kilkunastu marynarzy, dziesiątki zostały rannych. Okręt został wyłączony ze służby na trzy lata. Porównajcie sobie „jakość” tego ataku z terroryzmem w którym zamachowcy mordują za pomocą samochodów czy broni białej przypadkowe ofiary. Potem Al-Kaidowcom szło różnie. Wielu zabiły amerykańskie siły specjalne i ataki dronów. Potrafili jednak mimo strat atakować trudne cele np. w 2008 ambasadę USA. W ostatnich latach nastąpił wśród nich rozłam na dwie zwalczające się frakcje. Wierną kierownictwu Al-Kaidy i tych, którzy przeszli na stronę Państwa Islamskiego. Południe też „wierzgało”. W 2009 wybuchł zbrojny bunt części „Południowców” trwający to dziś z różnym natężeniem. Nieco wcześniej, w 2004 powstali szyici z ruchu Hutich. Kiedy, która wojna się kończy nie wiadomo. Po okresach spokoju rozejmy są zrywane i walki zaczynają się od nowa. Pożarowi dodała tlenu Arabska Wiosna. Co prawda krwawe starcia rewolucyjne doprowadziły do odejścia miejscowego dyktatora, ale Jemeńczykom szczęścia nie przyniosły. Porewolucyjny zamęt nie dał się „uporządkować”. Wojna domowa wybuchła z nową, wściekłą siła w roku 2015.
Brama Kanału Sueskiego
Warto pamiętać, że takowa wojna jest. A czemu ona jest i się nie może skończyć? Wojna w Jemenie jest kolejną „wojną zastępczą” pomiędzy Saudami i Amerykanami a Persami. Dlaczego Jemen jest tak ważny? Kto kontroluje ten kraj ten kontroluje wejście na Morze Czerwone, a więc i Kanał Sueski. Dlatego panowanie nad nim jest panowaniem nad morskim szlakiem handlowym z Chin, Japonii, Indii itd. do Europy. Władcy Jemenu nie muszą mieć tam nawet floty by zapewnić sobie bardzo silną kartę przetargową. Wejście na Morze Czerwone jest bardzo wąskie. Cieśnina Bab al-Mandab ma w najwęższym miejscu zaledwie 26 km szerokości. Do sparaliżowania ruchu statków starczą rakiety krótkiego zasięgu, helikoptery, drony-kamikadze, a nawet artyleria. Można też wysłać do akcji łodzie motorowe z minami morskimi na pokładzie, szachidów na szybkich łodziach wypełnionych trotylem, miniaturowe łodzie podwodne. Opcji jest wiele … Okręt wojenny może się obronić przed np. salwą rakiet, ale tankowiec czy kontenerowiec już nie za bardzo. Jemen jest biedny, a jednocześnie bardzo bogaty. Tym bogactwem jest położenie.

Wojna ta jest częścią wielkiej bliskowschodniej konfrontacji.
Na Bliski Wschodzie w 2011 roku zaczęły się największe od czasu I wojny światowej zmiany geopolityczne. Ich wynik nie jest jeszcze jasny, ale gra toczy się o wysoką stawkę. Ropa, gaz, szlaki handlowe lądowe i morskie, porty i bazy. Graczami są kraje szeroko pojętego regionu jak i mocarstwa światowe. „Monarchie arabskie”, dzihadyści i rebelianci, Iran, Turcja, Rosja, Izrael, Chiny, USA, Francja, Wielka Brytania i jeszcze inni mieszają w tym kotle. Jaka zupa z tego wyjdzie? Nie wiemy, ale będziemy musieli ją jeść bo to co dzieje się na Bliski Wschodzie ma wpływ na to co się dzieje w Europie. Więcej wam nie napiszę, bo sam wiem niewiele, a przepisywać Wikipedii mi się nie chce.

Czemu ten wpis?
A czemu akurat wyskoczyłem z tematem? Zaciekawił mnie ostatni atak Huti. Za pomocą tzw. drona-kamikadze zaatakowali trybunę honorową podczas wojskowej defilady (https://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/wojna-w-jemenie-atak-drona-rebeliantow-huti-na-baze-lotnicza-al-anad,899250.html?fbclid=IwAR2Oo4S3d7pFvoSJCuJtdDNz5h59mZ_TS1DioTsYRQbiBm64NEx92BClGcU ). Oto i nowe oblicze wojny. Tylko jak sklasyfikować taki atak taki atak? Zamach terrorystyczny? Atak dywersyjny? Nalot – bombardowanie? W każdym razie drony-kamikadze to nowa groźna broń. Dla wszelkich partyzantów, dywersantów i terrorystów otwiera nowe możliwości atakowania tam, gdzie wcześniej zaatakować było niezmiernie trudno.
No chyba, że działają w Polsce. Tu starczy długi nóż by zabić polityka.
Wyobraźcie sobie teraz cały rój dronów-kamikadze. Broń zaawansowana, o dużej sile rażenia a przy tym stosunkowo tania. To broń wojny asymetrycznej. Wojna asymetryczna… to temat na inny wpis. Kiedyś będzie. Obiecuję.
P.S.
Ok, a teraz idę pisać dalszą część „Paryża” (https://chutornik.pl/2019/01/podziemne-zycie-paryza-cz-3/) oraz czytać. „Pogrom” był ciekawy, a w poniedziałek zacząłem czytać:

Jeśli zaś chodzi o „antyirańską” konferencję jaka ma się odbyć w Warszawie zdania nie mam ponieważ mam za mało informacji, a nie chce mi się ich szukać. Wiem tylko, że: a) Jesteśmy zależni od USA. b) Nie jesteśmy tak zależni jak się wydaje politykom PiS. c) Reżim w Iranie jest reżimem dość paskudnym. d) Mimo wszystko Persowie to nasi krewniacy i pomogli nam podczas II wojny światowej. A sam reżim… znacznie bardziej wolał bym żyć w Iranie niż w barbarzyńskim kraju Saudów. e) W polityce sentymenty są drugorzędne. Niestety.