Sokół księcia Kadranu cz.2
Czyli dalsza część opowiadania o wojnie kadrańskiej 😉 – https://chutornik.pl/2020/03/sokol-ksiecia-kadranu/
Narada Sztabu
Dojechaliśmy do namiotu sztabowego. Gwardziści błyskawicznie rozkoźlili karabiny i ustawili się szpalerem prezentując broń. Grzmoty burzy stały się coraz bliższe. Niebo płonęło.
–Sława chłopcy! Rzekł gromko książę.
–Sława i Wolność!!!! – ryknęli.
–Dobrze służycie! Pilnujcie jeno ogni, wicher dmie! Nie trzeba nam tu nocnego pożaru. Odparł Szarmuda i uśmiechnął się szeroko.
–Taaaaa jest!!!! Ryknęli ponownie.
Dwóch gwardzistów otwarło przed nami wrota do płóciennego pałacu. Weszliśmy pod wielki czerwony dach namiotu narad. . Wokół kotła z żarzącym się węglem drzewnym zasiedliśmy wszyscy ważniejsi wodzowie. Książę zaczął przemowę.
–Panowie! jak wiecie Woroncow ciągnie ku nam z armią silniejszą od naszej. Mamy jednak szansę. Peronas i wszyscy bogowie są z nami. Z nami jest też racja. Wola walki w armii silna. Wiecie też, że nasza pozycja jest równie silna jak wiara w naszych bogów. Zwyciężymy. Hunkarze przedstaw ostatnie szczegóły.
Jednoooki generał Hunkar wstał z fotela i nakazał ordynansowi przynieść szkic pola bitwy. Młody esauł prędko przyniósł rulon i rozłożył go na specjalnej konstrukcji umożliwiającej wszystkim uczestnikom rady dobrą widoczność. Generał podszedł do mapy. Za pomocą szpicruty kreślił wizje rozprawy do której miało dojść.
–Panowie! Oto i mamy naszą świętą rzekę Sandoran, rzekę boga Sana. Rzeka płynie tutaj z zachodu na wschód, skręca na południe i znów na zachód. Tworzy jak jakby wielką literę Z. Bród przez który mogą przejść Niebiescy leży na górnym daszku Z. Jest na tyle wąski, że nie będą mogli go przejść szerokim frontem. A więc zajmie im to trochę czasu. Pod ogniem naszych dział. Stoimy na stoku wzgórz tworzących łuk skierowany wnętrzem ku tej literze. Jakieś pytania co do tej fazy boju?
Jednooki zasiadł w fotelu i wsparł rękę na rękojeści czekana.
–My mamy dobrą pozycję – jednoręki generał Szamar, wódz lewego skrzydła wstał z fotela i podszedł do leżącej na niedźwiedzim futrze mapy Mamy pół setki armat, wyszkolone wojsko, ale Woroncow ma nadal wielu zdolnych do walki sołdatów. Może nawet dwa razy więcej ich jak naszych żołnierzy. Jeśli rozerwie nasze linie?
–Nie rozerwie Szamarze, jest ostrożny. Odparł Hunkar. Musi atakować szerokim frontem bo jak inaczej? Nad głową wisi mu twoje skrzydło.
–A jeśli rozerwie linie Hukarze synu Asłana? Szamar drążył temat.
– Będzie się bał atakować wielkim klinem, żeby nie dostać kontry z flanki. Wódz gwardzistów uderzył swym czekanem o ziemię. Jeszcze jakieś pytania?
-Być może, ale zważ, że to wojsko nieobyte z wielkimi bitwami. Żołnierze niezaprawieni w huk armat. A dowódcy, większość z nich, nie ma doświadczenia w manewrowaniu oddziałami w regularnym boju – jednoręki nie odpuszczał jednookiemu.
–Nie mamy wyboru, przyjmujemy walną rozprawę- Hunkar wzdrygnął się i odpalił od paleniska patyczek po czym przytknął go do cybucha fajki.
Wstał wtedy niewielki wzrostem, ale wielki duchem generał Motaros.
–Panowie wiecie, że nie lękam się Woroncowa ani walki, ale czy warto stawiać wszystko na jedną kartę? Czy generał Szamar, doświadczony wódz nie ma racji?
Wtedy odezwał się się sam książę Szarmuda.
–My też musimy walczyć. Teraz. W lipcu trzeba będzie rozpuścić połowę armii na sianokosy, na żniwa. Inaczej Górny Kardan będzie znów głodował, a wiemy wszyscy, że za głodem ciągną inne upiory. Dżuma i tyfus. Musimy przyjąć walkę. I wygrać. Jeśli zaś zginąć to jak koziorożec walczący do końca z śnieżną panterą niż jak myszak, albo suseł którego we własnej norze dopadł grzechotnik.
–I jeszcze jedno. Kniaź z Północy wie już z pewnością jaką pozycję zajmujemy. Może na odwrót, to on będzie unikał bitwy w niekorzystnych warunkach?
–Dzielny Motarosie synu Marsana. Jego armia cierpi głód i choruje na dezynterię. Wszystkie kardańskie wsie i miasteczka w okolicy spalone. Ma wybór zaryzykować walną rozprawę i wygrać, albo zginąć, albo stracić armię bez walki.
Motaros, znany z śmiałości, nie tylko bojowej, popatrzył prosto w oczy Szarmudy.
–Mości książę gdyby susły i myszaki stepowe nie miały nor z wieloma drogami ucieczki to dawno by ich nie było. A teraz poruszę inną sprawę, a gdzie jest dziś chan Komanów? Z pięcioma czambułami jest na pewno niedaleko. Idzie w sukurs Woroncowowi.
–Wszyscy to wiemy. Rzucił, jakby od niechcenia, generał Isztwar, bożyszcze kardańskich kobiet i komendant lekkiej jazdy.
-Wiemy też, że się ociąga, ale nie znamy przyczyny. Może zaraza w szeregach, a może się namyśla nad czymś? Co mówią zwiadowcy? Gdzie dziś obozuje orda komańska? Włączył się Maziros – generał przewodzący prawemu skrzydłu.
Wszyscy spojrzeli na Pietrowa. Iwan Petrowicz Pietrow był kozakiem, który ożenił się z kardańską dziewczyną z klanu Aran. Przewodził pułkom lekkiej jazdy i człowiekiem od specjalnych zadań.
–A więc panowie chan Gerej-Kum jest nie cztery dni drogi od nas, ale zaledwie dwa. Ma ze sobą nie pięć, a dziesięć czambułów. Piętnaście tysięcy szabel.
Twarze wodzów pobladły.
–Nic to jednak! Gerej-Kum nie zajdzie nas od tyłu, ani nie wesprze Woroncowa od przodu. Na opak się stanie. Zdradzi Woroncowa i cara z Północy podczas bitwy wbijając mu nóż w plecy. Na dowód moich słów list od przebiegłego wodza Komanów.
Pietrow wstał tak gwałtownie, że aż zafalował jak sztandar jego osałedec. Wyjął za pazuchy list od Gerej-Kuma i tryumfalnie rzucił go na mapę pola bitwy. Błysnął swymi białymi zębami stepowego wilka i zaczął się dziko śmiać.
–A jeśli Komanowie udają tylko, że chcą wbić nóż w plecy Niebieskich, a naprawdę są z nim w zmowie? Motaros snuł czarne, ale realne wizje rozwoju sytuacji. Czemu dowiadujemy się dopiero dziś Mości Książę?
–Bo to tajemnica największa była. Tak Gerej-Kum łudzi Woroncowa , a jest w stałym kontakcie ze mną od dwóch księżyców. Uznał, że przejście na stronę Koalicji jest mu bardziej na rękę niż dalsza służba carowi. Owszem istnieje ryzyko podwójnej, właściwie potrójnej gry Komanów. Musimy jednak to ryzyko podjąć. Tak, to hazard, ale powtarzam nie mamy już siły na wojnę szarpaną, na odwlekanie wielkiej bitwy. Czas już nie gra na naszą korzyść. Cóż z tego, że wyginie bez walki armia Woroncowa? Nasza tak samo. My nie wystawimy już takiej, a Niebiescy mogą wysłać tu kolejną wielką wyprawę. Ryzykujemy. Odpowiedzialność biorę na siebie. Jeśli zawiodę zetnijcie moją głowę i nabijcie ją na tyczkę, a ciało rzucie w step wilkom i ptakom na żer. Jeśli zaś mój plan się powiedzie armia Imperium Północy w Kardanostanie będzie jutro wieczór jak ryba w saku. Z północy armia Komańska, z zachodu i południa nasze wojska, a jedyną drogą ucieczki będzie przedarcie się przez rwące i głębokie wody Sandoranu na wschód od pola bitwy. Wody rzeki boga Sana zabarwią się na czerwono. Krwią naszych wrogów. Tak rzekłem ja Szermuda II z rodu Rakoczarich!
–Niech żyje Nasz Książe! Niech żyje Kardanostan! Niech żyją nasi sojusznicy! Zwycięstwo będzie nasze!!! Ryknęli wszyscy wznosząc kielichy miodu.
Potężny grzmot zawtórował wiwatom. Ucieszyło to zebranych bo Peronas był też bogiem burzy. Sokół księcia zatrzepotał skrzydłami i dziko zakwilił. Kardańczycy uznali to wszystko za dobry omen. A ja poczułem narastającą senność. Narada się zresztą już kończyła. Książę uścisnął każdemu uczestnikowi dłoń na pożegnanie. Ubrałem podbijaną skórą opończę, nałożyłem kaptur i wyszedłem wraz z przydzielonym mi ordynansem w szalejącą ulewę. Burze w Górnym Kardanostanie były zaiste niesamowite.