Kaukaz – przewidywalna nieprzywidywalność
Pisałem ostatnio o wojnie na Kaukazie. Pisałem bardzo nietrafnie. Otumaniony chaosem w Polsce straciłem zmysł analityczny. Wydawało mi się, że Baku i Ankara zmiażdżą Karabach. Tak się jednak nie stało. Do gry w końcu weszła Moskwa. Po zestrzeleniu przez Azerów rosyjskiego śmigłowca Putin wezwał przywódców obu państw na dywanik. Trwały rozejm podpisano błyskawicznie. Twały, bo równie błyskawicznie w Karabachu pojawili się rosyjscy „mirotworcy”. Wojna skończona. Wygrała Moskwa – pozostała Najwyższym Arbitrem na Kaukazie. Wygrał też, choć nie do końca, Azerbejdżan. Nie do końca, bo Putin uniemożliwił mu ostateczne zwycięstwo. Turcja też w jakiś sposób wygrała. Wzmocniła swoje relacje z Baku. Pokazała siłę swojego uzbrojenia i siłę swoich wpływów w regionie. Warunki zawieszenia broni nakazują walczącym stronom „odblokowanie wszystkich szlaków komunikacyjnych”. Tak więc Turcja, Azerbejdżan będą teraz skomunikowane samochodowo i kolejowo. Dzięki temu podpunktowi umowy odblokowane beda też drogi i tory prowadzące z Azerbejdżanu do jego enklawy – Okregu Nachiczewańskiego. Po upadku ZSRR region ten był izolowany od reszty kraju przez Armenię. Można było się tam dostać z Baku tylko drogą przez Turcję, albo samolotem.
Czy Ormianie są jedynymi przegranymi? Tak – stracili bardzo wiele terytoriów, Z drugiej strony Karabach-Arcach przetrwał. Jednak mimo wszystko Stepanakert jest i będzie kontrolowany przez ich wojska. Pojawienie się mirotworców prawdopodobnie zredukuje napięcia. „Mała wojna” z lat 1994-2020 zmieni się w „konflikt zamrożony”. A to oznacza mniejsze nakłady na zbrojenia będące wielkim obciążeniem dla gospodarki bardzo biednego kraju. Ormiański naród pokazał w tej wojnie bitność i solidarność. Nie mają się czego wstydzić. Wojska ormiańskie wytrwały 43 walki z przeważajacym wrogiem atakujacym z ziemi i powietrza. Ich armię trawiła czerwonka i covid. Mimo to walczyli jak lamparty. Jeśli chodzi o kwestie dumy narodowej – nie są przegranymi. Tym bardziej, że naród chciał walczyć nadal. O tej „półkapitulacji” zdecydowali politycy za radą generałów, a nie żołnierze. Premier Paszynian jest teraz przez „erewańską ulicę” uważany za zdrajcę. Jednak patrząc z boku – podjął najlepszą możliwą decyzję. Owszem mógł się starać rozpalić wojnę między oboma krajami na o wiele większą skalę. Jednak byłaby to bardzo ryzykowna gra. Mogła skończyć się nie tylko całkowitą likwidacją Górskiego Karabachu -Arcachu, ale i zdobyciem Erewania przez wojska „sułtana z Ankary”. Za pozwoleniem Kremla oczywiście. Lub też kolejną w historii wojną rosyjsko-turecką. Wybrał wariant małoambitny, ale też najmniej ryzykowny. Stawiać opór tak długo jak się da bez angażowania całości zmobilizowanych sił. Czyli większości męskiej populacji Armenii. Zachować ile się da ze zdobytego w latach 1992-1994 terytorium. Czekać na dyplomatyczno-wojskową interwencję rosyjską. Doczekał się jej. Dziś rodacy nazywają go Judaszem i sprzedawczykiem, ale za 10, za 100 lat prawdopodobnie będą to widzieć innaczej.
Na fotce – Karpaty mniejsze, prawie jak Mały Kaukaz 😉
P.S.
Tu – https://chutornik.pl/2020/10/kaukaz-wojna-na-wieki/ mini-esej o wojnie i pokoju na Kaukazie.