Dolce Vita w mroźnych stepach


Nad Sinym Donem

Książka Mario Rigoniego Sterna „Włoch w śniegach Rosji” dzieli się na dwa  rozdziały. W pierwszym pt. „Punkt oporu”   autor opowiada o życiu w okopach nad Donem. Stern służył w elitarnych oddziałach Strzelców Alpejskich. Żołnierze z tej jednostki, na rozkaz Mussoliniego, wzięli udział w „krucjacie” – wyprawie na ZSRR. Dotarli, aż nad tą wielką rzekę.

 „Siny Don” i ziemie Kozaków Dońskich. Możecie o nich poczytać tutaj: https://chutornik.pl/2017/10/kozacy-hitler/
 https://chutornik.pl/2017/10/kozacy-rewolucja/ 

Autor opisuje sugestywnie monotonię przewlekłych, ale niezbyt intensywnych walk pozycyjnych. Potyczki patroli, rajdy sowieckich „razwiedczykiw„, snajperskie strzały były swego rodzaju „urozmaiceniem” bytowania w okopach i  ziemiankach. A bytowanie to jest pasmem nieustannych bojów z wszawicą i nudą. Oraz rosyjskim mrozem. Mrozem, który dla Włochów, nawet tych z oddziałów „Alpini„,  był czymś nadnaturalnym, nieziemskim.  Wojacy ostrzeliwują przedpole, czyszczą broń, piszą listy, oglądają zdjęcia swoich krewnych i przyjaciół. Marzą o dobrym winie, kobietach i cieple. Ta część to swoista ballada o tęsknocie za domem, za rodzinnymi stronami, za kobietami, za makaronem i serem, w końcu za znajomymi krajobrazami. Krajobraz zamarzniętego stepu odczuwali  jako równie obcy jak powierzchnia Marsa czy lody Arktyki. I w tym lodowym, dziwnym świecie starają się żyć „po włosku„. Wypić wino, wypić kawę, pośpiewać. Żyć. Na nie swojej wojnie. W dalekiej i dzikiej krainie. W bunkrach nad wielką rzeką. 

Włoska piechota atakuje na bagnety. Walki w Donbasie – XII 1941 r.

Nie powielajmy jednak stereotypów, że Włosi byli kiepskimi żołnierzami. Tam, na wschodzie walczyli dobrze. Tyle, że nie walczyli za żadne „Nowe Imperium Rzymskie” o którym marzył „Duce„. Nie walczyli też o żadną „Nową Europę” kierowaną ( niemal jak dziś 😉 )  z Berlina. Walczyli żeby przeżyć i wrócić do domu. I tą walkę opisuje młody podoficer z  „Armata Italiana in Russia” – Mario Rigoni Stern.  W okresie, który przedstawia rozdział „Punkt oporu” jest w miarę spokojnie.  To „słodkie życie”  miały się jednak niedługo skończyć. Armia Czerwona w listopadzie 1942 r. rozbiła wojska rumuńskie, węgierskie.  Zacisnęła pętlę wokół niemieckiej 6 Armii uwięzionej w stalingradzkim kotle. Zaczęła atakować na innych odcinkach. W połowie grudnia  rozbiła większość sił włoskiej 8 Armii.  W połowie stycznia następnego roku uderzyła na siły Włoskiego Korpusu Alpejskiego – ostatniego, ocalałego, dużego związku taktycznego włoskich wojsk w ZSRR.  Słabo uzbrojone, zbyt rozciągnięte linie pękły, gdy spadł na nie sowiecki walec ognia i stali.  Stern i jego koledzy rozpoczęli morderczy odwrót.

Przez śniegi na zachód

Jak w 1812 …  Na fotce odwrót Strzelców Alpejskich znad Donu I 1943 r. 


Druga część pt. „W okrążeniu” to już opis sowieckiego ataku i chaotycznego odwrotu.  350 kilometrowy marsz ku bezpiecznym pozycjom był zadaniem wielkim i straszliwym. Z 55 tysięcy „Alpini” do „portu” doszło niecałe 14 tysięcy. Reszta zmarła, poległa bądź dostała się do niewoli. Dodać należy, że zwiedzanie Syberii przeżyło tylko 14% włoskich jeńców. Opowieść Sterna nie ma w sobie błyskotliwego i strasznie złośliwego sarkazmu jaki często można znaleźć w wojennych wspomnieniach (np. https://chutornik.pl/2018/06/powiedz-ze-sie-boisz/   ) . Nie ma tu też patriotycznego patosu, choć wszyscy chcą dotrzeć „do Włoch”. Rozumianych w sensie węższym jako bezpieczne pozycje na Ukrainie, a szerszym jako rodzinne wsie i miasta.  Narrator napisał raczej coś na kształt poematu o przetrwaniu. Pozorny chaos, dziesiątki drobnych wydarzeń, układa się w jeden obraz. Na swój sposób patetyczny. Nie jest to jednak epicka pieśń o Mussolinim tylko o męstwie włoskiego żołnierza, który znajdowała każdego poranka siłę żeby wstać i iść dalej. Znajdował siłę, żeby odpierać ataki sowieckich sił pościgowych. Przebijać się z okrążenia. I znów wstawać i iść dalej. W tych warunkach heroizmem jest nie tyle „zginąć za Ojczyznę”,  co właśnie obudzić się, podnieść i iść zamiast usnąć i nie obudzić się już więcej.  Ten poemat kończy się bardzo piękną sceną. Nie zdradzę jednak jaką.

Niemcy, Węgrzy i „Rosjanie”

Oprócz „Makaronich” pojawiają się w książce i inne nacje. Są oczywiście Niemcy. Narrator nie darzy sojuszników zbytnią sympatią. Nie widać też jednak większej wrogości. Pojawiają się też epizodycznie Węgrzy. Oni tak jak Włosi chcą wrócić do domu, pić wino i cieszyć się z życia. Są w końcu i „Rosjanie”. Tym mianem nazywa autor wszystkich obywateli ZSRR wojskowych i cywilnych. Choć zauważa w pewnym momencie, że „weszliśmy na terytorium Ukrainy„. Starszy sierżant Stern nie czuje do „Rosjan” w mundurach nienawiści. Oczywiście zabija ich w walce, wydaje rozkazy zabijania. To jednak wypadkowa sytuacji. Bez walki nie da się przebić przez pierścień okrążenia. Cywilnych „Rosjan” nawet żałuje, stara się jak najmniej im zaszkodzić. Po prostu walczy, ale bez nienawiści. Nie chce tworzyć „przestrzeni życiowej”, chce zobaczyć swój dom. 

Dobrym człowiekiem być

Na pewno warto ją przeczytać choćby dlatego by zmienić stereotypową opinię o włoskim żołnierzu. Po pierwsze – gdy trzeba potrafił się bić bardzo dzielnie np. w I wojnie światowej ( https://chutornik.pl/2017/01/front-woski-zagubiona-pamiec-galicjan/  ). Po drugie Włosi już około 1939-1940 zauważyli, że rządy „Duce” to niekoniecznie to o czym marzą. Za co mieli umierać? Za bandycki rząd i jego megalomańskie wizje? Poddawali się Anglikom, Amerykanom, Polakom, Francuzom. W kontakcie z Armią Czerwoną wojowali zaś dzielnie. Z prostego powodu. Niewola sowiecka = łagry = zostanie na zawsze na Wschodzie. Mi się to wydaje mądrzejsze niż postawa Niemców do końca broniących „festungów”. Na wschodnim froncie Włosi uczestniczyli tylko w jednej pacyfikacji wsi (rozumianej jako totalna masakra). Natomiast Niemcom, nawet tym z „rycerskiego Wermachtu”,   rzezie zdarzały się nader często już podczas Kampanii Polskiej we wrześniu 1939 r. To już wolę tych pijących wino, śpiewających i „tchórzliwych” Włochów. Słabi fanatycy, ale dobrzy ludzie. A w byciu człowiekiem najważniejsze jest pozostać człowiekiem.  Recz jasna nie chcę tu powiedzieć, że Włosi są „niewinni”. Oczywiście, że tak nie można powiedzieć. Wszak to oni już w 1935 napadli na Etiopię dokonując tam licznych okrucieństw. Jednak poddali się już w 1943, a co więcej wielu zginęło później walcząc z niedawnym sojusznikiem. Można podziwiać męstwo Wermachtu i SS. Można szanować ich wojskowy profesjonalizm, ale należy też pamiętać, że to jest ta sama odwaga i twardość jaką wykazują bojownicy Państwa Islamskiego. Odwaga godna lepszej sprawy.


Książka nie jest długa. W sam raz „do pociągu” – jak dawne „żółte tygrysy”.


Mała uwaga

Książkę wydało wydawnictwo KATMAR. Fajnie, że ją przetłumaczono (co ciekawe z rosyjskiego nie z włoskiego) i wydano. Te plusy nie mogą przysłonić minusów, jak mawiał prezes Klubu Sportowego „Tęcza”. Zabrakło choć kilku zdjęć, choć jednej mapy i choć króciutkiego wprowadzenia w temat. To zawsze pomaga zrozumieć książkę z historią w tle. Mam nadzieję, że te wady zostaną wyeliminowane w następnych wydaniach tej wartościowej pozycji. 

P.S.

Apropo wyprawy Napoleona polecam lekturę  wspomnienia jednego z adiutantów Cesarza – https://chutornik.pl/2015/10/normal-0-21-false-false-false-pl-x-none-2/    

Ciekawe i świetnie napisane są też pamiętniki pewnego młodego oficera, który zajmował się też pisaniem bardziej wesołych utworów – http://biblioteka.kijowski.pl/fredro%20aleksander%20hr/trzypotrzy.pdf

Jeśli chodzi o bitwę pod Stalingradem warto poczytać tę książkę Janusza Piekałkiewicza pt.  „Stalingrad. Anatomia bitwy„

P.S.

A to będzie na kolejny wpis z działu „recenzje” :

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *