O Anglii się pisze ;)
Ostatnio oglądałem sporo filmów o różnych „dziwnych” pracach. O rybakach z Morza Beringa, kierowcach ciężarówek z lodowych dróg kanadyjskiej Arktyki i z himalajskich szos nad chmurami. Tenty to co prawda nie są łowy na dorsza w paszczy arktycznych sztormów, ale historia to też ciekawa, a postacie barwne – https://chutornik.pl/2019/11/cos-w-rodzaju-reportazu/. Powróciłem więc do systematyczniej pracy na tym kierunku. Dodatkowo łagodne zimy budziły we mnie zawsze coś w rodzaju niepokoju. Czasem sprzyja to tworzeniu/odtwarzaniu obrazów.
Odtwarzają się więc kolejne obrazy, z kolejnych sezonów. Przygody, anegdoty, trudne dni i dni wesołe. Potem z wyżyn spadają na klawiaturę. Wiosną powinno być gotowe. Tylko co to za wiosna po takiej zimie-niezimie?
Poniżej fragment (uwaga – to wersja demo, albo notatki wstępne) na zachętę:
Nasze auto zajechało na stor około 21. Wyskoczyłem na beton i poczułem się trochę jak żeglarz po zejściu na ląd. Powietrze pachniało przymrozkiem, betonem i opadającymi liśćmi. Nad głową migotały tysiące gwiazd. Nie zjedliśmy wieczerzy. Herbata i spanie. Przed snem przeliczyłem funty. Niby robiłem to już, ale zawsze miło zrobić to raz jeszcze. Poczuć zapach twardej waluty. Usłyszeć szelest godziwej zapłaty.
Dzień kolejny zapowiadał się nudno. Skończyło się nocą indiańskie lato. Ze stalowo-szarych chmur siąpiła mżawka. Chłopaki pojechali na akcję. Zostałem na storze zupełnie sam. No prawie sam, bo Vins coś tam szył w swoim warsztacie. Czyli de facto byłe sam. Rozstawiłem myjkę i zacząłem czyścić ściany i dachy. Robota to lekka, ale żmudna. Nudno człowiekowi siedzieć samemu na tym pustkowiu. Kawa, kilka ścian, herbata i kilka kolejnych. Minuty wlokły się jak chmury popychane bryzą nad moją głową. Powoli i do przodu do monotonnej, transowej muzyki wygrywanej przez silnik myjki i maszynę do szycia Vinsa. Przykrzyło mi się coraz bardziej. Robiłem więc wyliczanki. Wymieniałem wszystkie rzeki, których nazwy zapamiętałem. Wraz z dopływami. Z rozróżnieniem na lewo i prawobrzeżne. Potem zrobiłem taką samą wyliczankę nt. pasm górskich. Po drugiej kawie, czarnej, fusiastej i gorzkiej, dla osłodzenia, zacząłem wyliczać gołe baby. Te które widziałem „na żywo” i te które chciałbym zobaczyć w takiej postaci. Świat wokoło zrobił się jakby cieplejszy. Rozweseliłem się tymi wspominkami. Usiadłem na starych paletach i wyjąłem z paczki papierosa. Przepaliłem gorycz kawy. Deszcz przestał siąpić. Nad moją głową zaczął kołować myszołów. Był to dobry znak. Jestem dość przesądny i wierzę w znaki. Od razu wiedziałem, że drapieżny ptak przyniesie coś pozytywnego w swoich szponach.Około dziewiątej na stor wpadł Wayne. Jak zwykle wjechał z impetem. Zaproponował małą wycieczkę. Dwa małe namioty do postawienia. W jakimś ośrodku dla seniorów w Exeter. Miła odskocznia. Do obiadówki skończymy – pomyślałem. Zgodziłem się bez wahania. Ruszyliśmy w dół, w czeluść hejdży. Zaczęliśmy konwersację. Tematem było kino akcji lat 80-tych. Spieraliśmy się kto był większym zabijaką – Arnold czy Sylwester?
Rozmawiając o Arnoldzie i Sylwestrze z krainy wzgórz zjechaliśmy w krainę morza. Wiatr, który wpadał do kabiny ciężarówki na przedmieściach Exeter był jakby bardziej słony. Jak w piosence Maanamu. Słychać było krzyk mew. Przejechaliśmy March Burton i w końcu dotarliśmy na miejsce. Praca poszła szybko. Jeśli namiot jest mały, pogoda dobra a ludzie wiedzą co połączyć z czym, to robota ta jest czymś w rodzaju budowy konstrukcji z klocków lego. Tylko takich nieco powiększonych. Co innego budować 12-tkę czy 15- tkę w spiekocie czy wielkiego klasyka podczas sztormu. Wtedy namiociarstwo jest katorgą lub też jak kto woli męską przygodą. Skończyliśmy przed południem. Ruszyliśmy okrężną drogą. Wayne zrobił się sentymentalny. Opowiadał o swojej młodości.
–Tu chodziłem do ciotki po szkole na obiad, tu kradłem jabłka z sadu, a tam na tym jazie skakaliśmy do wody żeby się popisać przed dziewczynami.
Pokazywał ręką kolejne punkty swojej mapy wspomnień. Z radia leciały przeboje lat 80-tych. Było sentymentalnie jak to bywa zwykle jesienią. Swojsko. Ludzie są do siebie podobni. Dzieliło nas sporo, i wiek i geografia a przecież obaj kiedyś, dawno temu kradliśmy jabłka z sadu. Tak samo robiliśmy wodne popisy przed dziewczynami, słuchaliśmy AC/DC i jedliśmy obiady u ciotki. Minęliśmy młodą Murzynkę z wielkim biustem i falującymi biodrami.
–Wayne miałeś kiedyś dżygi dżygi z czarną dziewczyną? Zapytałem z ciekawości.
-Dawno temu.
–Gdy byleś młody i silny?
-Jestem wiecznie młody i silny.
–Była dzika jak Afryka?
-Dokładnie kolego.
–Pewnie każdy by chciał spróbować z murzynką
-Pewnie tak
-Ludzie są podobni. Lubią słuchać AC/DC i lubią dżigi – dżigi.
Tą filozoficzną sentencją zakończyłem naszą rozmowę. Wayne skłonił głowę na znak tego , że myśli podobnie. Zamilkliśmy. Ja zacząłem, bezgłośnie wymieniać oceany, morza, jeziora i zalewy, których nazwy znałem. Wjechaliśmy w końcu na główną, potem skręciliśmy w Lasy Haldońskie. Dzień był przełamany. Nawet nie robiłem obiadówki. Nie było sensu. Zrobiłem sobie kawę nr 4 czy 5. Zapaliłem dwa papierosy. Włączyłem myjkę. O piątej wrócili chłopcy z akcji. Nastał fajrant. Rozstawiłem stół i zjedliśmy wieczerzę. Prysznic, mycie garnków, herbata z wiśniówką z polskiego sklepu. Gdy byłem już na swojej pryczy deszcz zaczął bębnić w dach karawany. Pożegnalny deszcz. Przede mną był jeszcze jeden dzień. Dwie małe roboty na wzgórzach. Potem jeszcze tylko ostatnia noc sezonu. I do Polski via Bristol. Koniec września roku 2015, koniec rejsu drugiego.
Poniżej linki do jeszcze kilku „spoilerów” 🙂
https://chutornik.pl/2019/07/likwidatorzy/
https://chutornik.pl/2019/06/pod-stalowo-szarym-niebem/
https://chutornik.pl/2019/06/nigdy-nie-bedziesz-szedl-sam/
https://chutornik.pl/2019/06/wichrowe-wzgorza/
https://chutornik.pl/2019/06/chwile-z-kranca-do-kranca-cz-1/
https://chutornik.pl/2019/06/chwile-z-kranca-do-kranca-cz-2/

C.D.N. 